Czarodziej i orkiestra

0

W ostatnią niedzielę miałam niebywałą przyjemność być na fenomenalnym wydarzeniu. W Katowicach odbywał się festiwal Tauron Nowa Muzyka 2015. Perełką tego eventu był koncert w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia. Budynek specjalnie wybudowany dla tej orkiestry, architektonicznie zachwycający.

 

1

fot. M. Rzemek

 

2

fot. R. Michalczyk

 

Wraz z orkiestrą zagrał dj muzyki elektronicznej – Jeff Mills. A ściślej orkiestra zagrała z Millsem. Bo to właśnie ten wybitny artysta stworzył muzykę odgrywaną tamtego wieczoru na scenie. Dwa pozornie różne gatunki muzyczne starły się ze sobą. Coś co pozornie nie pasowało do siebie utworzyło majstersztyk – nie tylko zachwycający i dający nieznane, silne, pozytywne wrażenia – ale i łączący ludzi. Zupełnie odmiennych. Osoby słuchające klasyki i “ludzi techno”. Tego wieczoru nie było podziałów. Ten show połączył dwa odmienne srodowiska, pokazał, że wszyscy są równi. Muzyka łączy grupy, a genialna muzyka łączy wszystkich. Burzy podziały, a tworzy równość. Inność nie istnieje, inność jest naturalnością. I w tamtym momencie muzyka była nie tylko dźwiękami. Niczym gołąb pocztowy dostarczała widzom mocny przekaz, usiłując zmienić ludzkie myślenie. Na lepsze, bardziej świadome.

4

fot. R. Michalczyk

 

Osoby ubrane w eleganckie suknie, koszule, marynarki byli w jednym miejscu z ludźmi z warkoczykami na głowie, tunelami w uszach i koszulkach z psychodelicznymi nadrukami. I wszyscy czuli te same pozytywne emocje. Czy może być coś wspanialszego?

3

fot. M. Rzemek

 

To tylko potwierdziło, że muzyka elektroniczna jest wynikiem ewolucji klasyki. Dziś kreowana na syntezatorach. Kiedyś, odgrywana na dziesiątkach instrumentów robionych z pełnym kunsztem, by osiągnąć doskonałość dźwięku. Tworzono instrumenty, by wydobyć emocje, uczucia, przekazy. Takie, których nie da się wyrazić słowami. Prezenterka zapowiadającą koncert powiedziała, że tam, gdzie kończą się słowa zaczyna się muzyka. By pokazywać i ukazywać to, co najpiękniejsze.

6

fot. R. Michalczyk

 

Nawet wizualnie każdy szczegół idealnie komponował się ze sobą.
Kolorowe światła padające z góry na scenę odbijały sie w instrumentach. Błyszczące skrzypce powielały ciepłe odcienie swą drewnianą powierzchnią. Poruszające się w rytm muzyki puzony były niczym stretoskopy srebrem roznoszące kolorowe promienie po całej sali. To nie była muzyka. To były czary.

7

fot. R. Michalczyk

 

Było to tak magiczne, że w pewnym momencie nie byłam w sali koncertowej. Znalazłam się w jakimiś obcym wymiarze i byłam świadkiem rytuału. Nad zgromadzoną orkiestrą stał dyrygent- Christophe Mangou. Niczym szaman odprawiający tajemny ceremoniał wyginał swoje ciało w dziwaczne pozy. Wykrzywiał ręce, rozkładał palce, tupał nogami. Swoimi ruchami robił to co malarz za pomocą pędzla. Kreował artyzm na najwyższym poziomie. Aby stwarzać doskonały rytm, wprawiał w drgania całe otoczenie.

5

fot. R. Michalczyk

 

Spojrzałam na widownię. Głowy gapiów ruszały się przedziwnie zgodnie z tymi drganiami. Jak w jakimś transie. Cała sala, przedmioty, muzyka, ludzie byli nastawieni na tą samą częstotliwość. Otumanieni tą chwilą. Zahipnotyzowani. Oderwani od tego, że po torach jeżdżą tramwaje, lodówka w domu jest prawie pusta, że czas upływa. Ale to nie dyrygent był tego sprawcą. Za czarną djką stał ON. Ubrany w lekko błyszczącą czarną marynarkę zapinaną na suwak. CZARODZIEJ.

9

fot. R. Michalczyk

 

Bo tak o nim mówią. Jeff Mills, który na żywo dokładał kolejne wisienki do tortu granego przez orkiestrę. Podbijał doznania dźwiękami z syntezatora i automatu perkusyjnego i odsyłał w inne wymiary.
8

fot. R. Michalczyk

 

Klasyczna orkiestra i DJ techno. Nuty spisane osobno dla skrzypiec, bębnów, klarnetów, trąbek, dzwonów, wiolonczel, ksylofonów i dziesiątek innych, odzwierciedlające muzykę którą Mills stworzył na syntezatorze. Wszystko wyważone w taki sposób, aby porywało każdego, niezależnie jakiej muzyki słucha na codzień.

Po koncercie dyskutowaliśmy, czy wydalibyśmy własne pieniądze na ten koncert. Bo wejściówki dzięki koledze mieliśmy za free. Ja przed koncertem może bym się zastanowiła. Ale teraz po, odmówiłabym sobie wiele żeby iść na taki koncert. Bo wiem co tam się działo. I jakie to było niezwykłe doznanie. I chciałabym to jeszcze przeżyć. Nie raz… I nie dwa…

Podoba Ci się? Skomentuj!