Latam!

0

Wrześniowa pogoda nie jest pewna. Ale zapewniła 5 dni z idealnymi warunkami pogodowymi do latania. Akurat wtedy, kiedy mieliśmy termin na dolatywanie kursu paralotniowego. Inaczej być nie mogło – musiało się udać.

Ale zacznijmy od początku, bo pewnie wiele z Was jeszcze się zastanawia o co chodzi z tym moim lataniem. Chyba nawet nigdy o tym nie marzyłam, bo gdzieś podświadomie byłam pewna, że nie jest to możliwe. Aż któregoś dnia gdzieś w internecie znalazłam informację, że robią dla kulawych pierwszy w Polsce kurs latania. Do wyboru były szybowce albo paralotnie – zaznaczyłam obie opcje. Wiedziałam, że chcę latać – nie bardzo wiedziałam na czym. Zgłoszenie zostało wysłane i po jakimś czasie zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną do Konina. Kurs organizowała fundacja Podaj Dalej i tam odbywał się przesiew pretendentów – na jedno miejsce było 8 chętnych osób. Lekko zestresowana, nieco podekscytowana zasiadłam przed nieznanymi mi jeszcze wtedy panami – wiceprezesem fundacji Karolem Włodarczykiem oraz jedynym (póki co 😛 ) polskim pilotem paralotni na wózku – Jędrzejem Jaxa-Rożen. Oceniali moją determinację w tym jak bardzo chcę latać oraz fizyczne możliwości potrzebne do latania. Determinacja była ogromna – gdy tylko dowiedziałam się, że jest szansa aby wzbijać się w przestworza chciałam tego najbardziej ze wszystkiego. Ale jak to z zanikami bywa byłam świadoma tego, że nie mam pełnej siły w rękach. Kazali czekać. Po kilku dniach zadzwonił telefon, a ja miałam do wyboru 3 terminy w których mogę odbyć szkolenie latania na paralotni.
Czułam szczęście, euforię, strach przed nieznanym i ekscytację, że będę robić coś o czym większość tylko marzy. Chyba… Bo ostatecznie miało się to okazać podczas kursu.

Ruszyłam w drogę. Ku nieznanej przygodzie. Nie znałam miejsca, nie znałam ludzi, wiedziałam tylko tyle, że będę uczyć się latać. Że będę latać!

9a
Miejsce zakwaterowania urocze, sam Konin też. Ludzie byli nieznani, ale wystarczyło kilka spojrzeń w oczy, żeby wiedzieć że wszyscy są „nasi”.
Nie od razu wypuścili nas w powietrze. Paweł – nasz instruktor prowadził wykłady podczas których dowiadywaliśmy się, że z 300 m można wykręcić się na 2000 m. Mówił nam jak działa skrzydło i o całej masie innych ważnych rzeczy niezbędnych do prawidłowego latania. Wiecie, że aby złapać komin, czyli wykręcić się do góry (bo paralotnia lata bez silnika i ma tendencję do opadania) należy szukać powietrznych prądów wznoszących. Można wtedy patrzeć na ptaki. One właśnie wykorzystują kominy, aby szybując wzbijać się do góry.

 

9b

 

Specjalnie dla nas zmontowano wózki pod które można było podpiąć uprząż i skrzydło. Wszystko działało dzięki „Koniom” – wolontariuszom, którzy napędzali nas po to abyśmy mogli bezpiecznie na ziemi trenować sterowanie glajtem (z ang. paragliding- paralotniarstwo).

 

9c

 

9d

 

 

Nie zawsze wychodziło – kiedy zawiał boczny wiatr, bądź nieumiejętnie wysterowaliśmy skrzydło działy się rzeczy straszne…

 

9e

 

A raczej strasznie to wyglądało – kask chronił głowę, a wózek amortyzował upadki. Na początku słabo to wychodziło, ale każdy raz dawał coraz większego kopa i satysfakcję. I przybliżał do celu – samodzielnego lotu.
Te wszystkie upadki, wspólne przeżycia, pokonywanie własnych ograniczeń i przełamywanie się sprawiało, że stawaliśmy się zgraną i zżytą paczką. A wieczorami rozmawialiśmy już tylko o lataniu. No może prawie tylko :)

 

9g

 

W międzyczasie każdy z nas zrobił lot w tandemie, aby poczuć przedsmak tego co nas czeka, gdy już sami będziemy latać. Ale ja wiedziałam i czułam, że dużo fajniejsze jest sterowanie skrzydłem choćby z ziemi niż bierne siedzenie na wysokości. A u góry widoki były zachwycające i zachęcające. Zaskoczył mnie spokój jaki tam panuje. Kompletne oderwanie się od tego co dzieje się na dole. Siedzisz sobie w uprzęży i lecisz czując jak wiatr lekko pieści cię po twarzy i słyszysz szelest linek.

 

9h

 

Nadeszła w końcu chwila, kiedy po raz pierwszy zaistniała szansa na samodzielne wzbicie się do góry – hol na dłuższej linie. Było dla mnie oczywiste, że chcę spróbować jako pierwsza. „Konie” ruszyły, a ja poleciałam do góry! Doznałam szoku, nie wiedziałam co się dzieje. W głowie miałam tylko myśl, że lecę. Nie słyszałam komend, które Paweł mówił do mnie przez radio.

 

9i
Jak szybko poleciałam tak szybko opadłam na dół. Jeden z wózków przeszedł do historii, a na moich kolanach do dziś są blizny po tamtym lądowaniu.

 

9j
Była to dla mnie i innych lekcja, że latanie to nie tylko przyjemność. Wymaga ono trzeźwości umysłu, spokoju i myślenia. A najgorsze było to, że pogoda nie pozwoliła na kolejne próby latania ani mi, ani innym. Był to jedyny lot w tamtym dniu. Zresztą ostatnim dniu szkolenia. Na każde następne wszyscy musieliśmy czekać 2 miesiące.

Wrażenia po pierwszym kursie możecie poznać tutaj – było we mnie wtedy tyle emocji, że nie potrafiłam rzeczowo pisać o lataniu.

Ziarno niepewności zostało zasiane w mojej głowie. Ciągle myślałam, co było nie tak. Tysiąc razy analizowałam tamtą sytuację i zastanawiałam się, czy to był błąd techniczny, czy zabrakło mi sił i jednak nie będę mogła latać… całe dwa miesiące takich wątpliwości. Gdybym tylko mogła od razu próbowałabym dalej, ale musieliśmy czekać… Każdego dnia patrząc w niebo… Bo jak raz polecisz to już nigdy nie będziesz patrzeć na chmury tak jak dawniej…

 

1 (3)

I nadszedł ten dzień, kiedy znowu znalazłam się na lotnisku w Koninie. Skrzydło i reszta sprzętu już czekała, trzeba było tylko wsiadać i robić swoje. Uwielbiam takie sytuacje – wózek zostaje gdzieś z boku i nie jest ci potrzebny.

 

9k

 

Pierwszy raz był najgorszy, bo musiałam przełamać swoje obawy. Powiedziałam do Pawła, że się boję – stuknął dłonią w mój kask i powiedział żebym słuchała jego poleceń. Wzbiłam się do góry, wysterowałam i wylądowałam na czterech kołach!

 

50

 

Takie niskie holiki na linie robiliśmy kilka dni, aby upewnić się, że wszystko pamiętamy. Bywały też wywrotki, ale wszystkie kontrolowane :)
Lęki gdzieś tam minęły i zaczęła się zabawa.

9f

 

9m
I wtedy przyszedł zachodni wiatr. A to oznaczało, że są warunki do tego aby zacząć się holować na linie na wysokość 300 metrów, odpinać się z niej i latać już tak naprawdę… Chyba wszyscy się baliśmy…

 

9n

 

Poczucie tego, że za chwilę wzbijesz się do góry i wszystko będziesz mieć we własnych rękach. I to dosłownie… Siedziałam w wózku poprzypinana w uprząż. W dłoniach zaciskałam sterówki, przed sobą widziałam linę wyciągarki, która miała nadać mi prędkość do uniesienia.

 

9o
Powiedziałam do Pawła, że się boję… Odpowiedział, że nic na siłę. Ale wtedy przypomniałam sobie, że to on wtedy pozwolił mi pierwszej lecieć. Jest doskonałym instruktorem i gdyby miał wątpliwości, to nie puściłby mnie w powietrze… I pomyślałam, że on przecież cały czas jest.. wydaje komendy i pilnuje wyciągarki… Szybka decyzja – lecę.

 

9p

 

-wyciągarka napnij linę
-wyciągarka gotowa
-pilot gotów?
-…
-…
-GOTÓW!!!
-jazda jazda jazda

Lina ruszyła, a za nią ja. Zanim się zorientowałam byłam już wysoko. Spokojnymi ruchami zaciągałam lewą lub prawą sterówkę, aby wyrównać kierunek. Paweł spokojnym głosem mówił co mam robić. Nagle poczułam luz na linie. To był ten moment. kiedy miałam pociągnąć za wyczep i wypiąć linę. Bałam się, że później nie złapię sterówki, bo należało ją puścić aby sięgnąć wyczep. Ale już nie było odwrotu. Odczepiłam się od liny. Okazało się to proste i wykonalne.

 

9r

 

Rozejrzałam się dookoła. Siedziałam wygodnie w uprzęży i chłonęłam to co się działo. Widoki, szum powietrza i… poczucie bezpieczeństwa! Czułam się tam tak komfortowo i stabilnie. Nie było górek, schodów, krzeseł z których trzeba się podnosić. Leciałam tam gdzie nakazywałam skrzydłu. Wolność.

 

9s

 

9t

 

Nagle otrzeźwiałam i skupiłam się na tym, że za chwilę będę lądować. Paweł nawigował mnie z dołu. Ustawiłam się pod wiatr i cała i zdrowa wróciłam na ziemię. Wszelkie obawy zniknęły. A w głowie miałam tylko jedną myśl: „chcę znowu do góry!”

 

9u
Na następny dzień zrobiliśmy jeszcze po 2 hole. Za każdym razem było piękniej i lepiej.

Radości jaka panuje po wylądowaniu nie da się opisać. Może uda się Wam ją ujrzeć na poniższych fotach, ale… aby przekonać się jak jest naprawdę musicie odwiedzić mnie kiedyś na lotnisku!

IMG_1753

 

Nie rezygnuj ze swoich marzeń, tylko dlatego, że wydają ci się niemożliwe do zrealizowania!!!

Jestem tak słaba, że poruszam się na wózku. Latam w przestworzach. Może muszę podnosić kubek z kawą obiema rękoma, ale… linki zaciągam tak jak trzeba. Zresztą.. w powietrzu też mam swoje patenty 😉 Do państwowego egzaminu na pilota potrzeba jeszcze 27 samodzielnych lotów… a później… Sami zobaczycie!!!

 

 

I takie piękne widoczki można złapać w locie:

 

koniec (1)

koniec (2)

koniec (3)

koniec (4)

koniec (5)

 

A po więcej zapraszam tutaj :)

Autorzy zdjęć: Zuzanna Janaszek-Maciaszek, Rafał Michalczyk, Magdalena Dziubecka, Julicza

 

Podoba Ci się? Skomentuj!