Moje nowe życie – na wózku

Dziewczyna, brunetka, w białej koronkowej tubice siedzi na wózku. W tle nowoczesne sklepienie budynku ze szkła i metalu.

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja kuzynka podczas wakacji zabrała mnie na spotkanie do swojej przyjaciółki. Pociągiem… Było to niesamowite przeżycie, bo mimo tego że byłam prawie dorosła (ba miałam 7 lat!) to do tamtej pory nigdy nie jechałam pociągiem. Jestem córką mechanika, miłośnika samochodów, więc w podróże duże i te mniejsze zawsze jeździliśmy osobówką.

Tamte wspomnienia są poszarpane. Pamiętam tylko urywki. Wagon wydawał mi się niezwykle wysoki, kuzynka Ania musiała mnie do niego podsadzać. Przedział był ogromny w porównaniu do niewielkiej przestrzeni w samochodzie. Furkot kół nadawał niesamowity podkład muzyczny całej eskapadzie. To było coś niesamowitego… Chyba największa atrakcja tamtych wakacji.

Tą niepewność i ekscytację poczułam za kolejne 12 lat.

Była Wielkanoc 2018. W moim aucie (bo to nadal mój ulubiony środek transportu) padł alternator. Auto wylądowało u zaprzyjaźnionych mechaników w Warszawie, bo tam była awaria.

Dziewczyna w białych słuchawkach i wzorzystej bluzce z falbanką siedzi w samochodzie. Patrzy się w obiektyw. W tle widać że w bagażniku jest wózek inwalidzki

Dobra muzyka, pełny bak paliwa, wózek w bagażniku. I do przodu.

 

Ale ja na święta musiałam wrócić z Warszawy do domu. Nawet mama chciała po mnie przyjeżdżać. Spodobał mi się ten pomysł. Ale za chwilę przyszło mi do głowy, że przecież sprzątanie, gotowanie. Jest tyle rzeczy do zrobienia przed świętami, sami wiecie.

– Dobra postanowiłam. Przyjadę pociągiem – zakomunikowałam.

Na wózku wszystko przeżywasz od nowa. Inaczej.

I nawet jak wcześniej robiłeś milion razy jakąś rzecz, chodząc jeszcze, to na wózku jest inaczej.

Dworzec Centralny. Zmiana peronu. Wszyscy gnają po schodach. Ty czekasz na windę 3 minuty i nie wiesz, czy twój pociąg już odjechał czy jeszcze nie.

Później ten stres przed wsiadaniem do przedziału. Że ktoś Ci musi pomóc, że może winda czy tam platforma nie zadziała.

Nagle rzeczy zwykłe, pierrrrdoły o których nie miałeś wcześniej pojęcia, stają się barierą nie do przeskoczenia.

I te spojrzenia… Już nie wtopisz się w tłum. O karierze tajnego agenta możesz zapomnieć! Ludzie albo się do ciebie uśmiechają, bo super sobie radzisz bo nie siedzisz w domu tylko jedziesz właśnie pociągiem. Albo całkiem odwracają wzrok. I tylko krzyczą do innych jak idziesz (czy tam jedziesz). Krzyczą: „Uuuwaaga!”. Oczywiście robią to w dobrej wierze, bo chcą żeby inni zrobili mi przejście. Ale mi ta „Uwaga!” kojarzy się negatywnie. Z niebezpieczeństwem, z alarmem, krzywdą. Jakby wąż jadowity po tym peronie pełzł albo samochód z zawrotną szybkością jechał i miał kogoś potrącić. UUUWAAAAGAAAA!!!!!!!!!

A ja sobie tylko idę grzecznie. I jak ktoś akurat stoi na środku z walizką przy nodze i nosem w telefonie, to ja sobie go ominę na prawo czy tam na lewo. A jak nie będę miała jak, to sama bezpośrednio powiem do niego „przepraszam, zrobisz mi przejście?”.

 

Na wózku doświadczam nowego życia. Niby te same sytuacje, niby ta sama ja. Ale kontekst jest inny. A kontekst jest kluczowy (wiem bo psychologia poznawcza to mój konik).

Dokładnie pamiętam wykład na którym mój ulubiony profesor opowiadał że jedno winogrono w misce karaluchów nic nie zmieni na lepsze. Ale jeden karaluch w misce pełnej winogron może wszystko popsuć.

I ta moja niepełnosprawność czasem jest jak taki karaluch. Rzuca cień na wszystko, na mnie. To wózek jest najważniejszy w odbiorze mojego wizerunku. Jest tak silną cechą, że dominuje. Sprawia że ludziom w głowie uruchamia się od razu zakładka pod tytułem niepełnosprawność. A jakie ona budzi emocje to wszyscy wiemy.

Ale ja uczę się cierpliwości. Niech sobie patrzą na ten mój wózek. Niech sobie kojarzą ze mną te wszystkie cechy które im tam siedzą w głowie w teczce „niepełnosprawność”.

Robię swoje. Siedzę i jadę tym pieprzonym, zatłoczonym przed świętami pociągiem. Siedzę na tym przeklętym wózku w przejściu, bo jest tyle ludzi że nie ma opcji żeby na wózku gdziekolwiek dalej pójść. Odcinam się od całej sytuacji, próbując uciec w kosmos. I to dosłownie bo w ręku mam książkę Hawkinga o czarnych dziurach. Tylko nie mogę jej cholera przeczytać, bo na tym wózku blokuję przejście. A co chwilę ktoś przechodzi, szturcha mnie. Patrzę więc na szybę, na krople deszczu przesuwające się pod wpływem siły prędkości. I nagle koleś który siedzi obok mnie na sportowej torbie mówi do mnie:

– Fajne masz oczy.

Uśmiecham się. Mówię „dzięki” i z uporem maniaka dalej wpatruje się w te krople. Nie zamieniamy ze sobą już ani słowa. On za chwilę wysiada z tego pociągu, na koniec wymieniamy się uśmiechami.

 

A ja się czuję tak, jakbym właśnie zdeptała karalucha.

 

Może…

aż tak wiele nie zmieniło się odkąd jeżdżę na tym wózku?

 

Julicza

Podoba Ci się? Skomentuj!

Dodaj komentarz