Koncert, klucz do sukcesu, bycie sobą

Jestem zaskoczona jak wiele może dać jeden koncert – przemyśleń, odczuć, refleksji. Ale na tym chyba właśnie polega prawdziwa sztuka – nie tylko zachwyca, ale też wzbogaca wewnętrznie.

Jakiś czas temu miałam okazję zobaczyć występ Obsession.
Musicie je poznać!

Seksowne, zadziorne, zabawne, energetyczne, a do tego… grające na instrumentach smyczkowych.

Weszły pewnie na scenę, każda ubrana w sukienkę o innym wyrazistym kolorze.
Kwartet – skrzypce pierwsze, drugie, altówka i wiolonczela.
Zagrały wstęp do znanego utworu muzyki klasycznej i zamilkły…
Wtedy zaczął się show, którego nikt się nie spodziewał.

W sposób zabawny, ale też odważny zaczęły opowiadać o tym kim są i co za chwilę będzie działo się na scenie. Byłam niezmiernie zaskoczona, że to nie jest zwykły koncert, gdzie artyści wychodzą na scenę, odgrywają utwór i z niej schodzą. W moim odczuciu było to połączenie koncertu kwartetu smyczkowego, kabaretu i prezentacji kobiecych wdzięków.

Jedno jest pewne – takiego show jeszcze nie widziałam. I drugie też jest pewne – sukces tkwi w inności.
Zrobić coś poza schematem, to zostać skazanym na sukces. Nie sztuką jest robić rzeczy powtarzalne, powielać wyświechtane szablony.
Sztuką jest zrobić coś znanego, ale w sposób inny niż wszyscy.
Pragniemy nowości, inności. Lubimy być zaskakiwani. Mieć poczucie, że przez doświadczanie czegoś nowego wciąż się rozwijamy. Mamy wtedy o czym opowiadać – nasze życie staje się bogatsze.

Każdy z nas jest indywidualny i inny. Odkryć tą odmienność i nie bać się jej pokazać. Być sobą po prostu, to najlepsza droga jaką możemy wybrać. Tylko wtedy będziemy mogli poczuć się spełnieni w tym co robimy. Świat narzuca nam wiele zasad i norm jacy mamy być. Niedawno widziałam gdzieś w sieci obrazek, który bardzo utkwił w mojej głowie. Masa mrówek podążały jedna za drugą w tym samym kierunku. Tylko jedna się wyłamała i zboczyła gdzieś na bok. I to właśnie ona przyciągnęła moją uwagę. O to właśnie chodzi – trzeba iść pod prąd i robić swoje, słuchać siebie. Gdzieś tam w głębi nas wiemy co jest dla nas najlepsze – jeśli czujesz, że się dusisz i ciągle robisz coś na siłę, to znak, że należy coś zmienić. Czasem rozwiązaniem będzie znalezienie kilku chwil tylko dla siebie, czasami może być potrzebne przewartościowanie dotychczasowego życia. Sami dokonując wyborów ustalamy co jest dla nas najważniejsze. Ważne, aby to były wybory zgodne z naszą tożsamością i z tym, na czym najbardziej nam w życiu zależy. W życiu codziennym ciężko jest znaleźć taki złoty środek, bo okoliczności i sytuacje czasami zmuszają nas do tego byśmy robili coś o czym do końca nie jesteśmy przekonani, wydaje nam się, że utkwiliśmy w punkcie z którego nie ma wyjścia. I tak męczymy się wiele dni, miesięcy, lat… Snując w głowach plany co by było gdyby… Zbyt rzadko zadając sobie przy tym pytanie co by było, gdyby jutra miało już nie być…

 

Twój przymus

Od kilku dni mój blog i fanpage nie były aktualizowane.
Nie publikowałam na nich żadnych treści. Dzisiaj postanowiłam coś na nich zamieścić.
Próbowałam wymyślić coś na siłę.
I wiecie co?
Nie mam weny!
Zdałam sobie z tego sprawę i już się z tym źle nie czuję.
Zbieram myśli, relaksuję się, oddaję temu co lubię najbardziej (hrhr)

Myślę, że zaowocuje to niedługo fajnym tekstem.

Mamy prawo do słabości, mamy prawo do mniejszej wydajności. Najgorzej jest robić coś na siłę i czuć, że robi się coś ponad swoje aktualne możliwości. Czasami warto być pobłażliwym dla siebie.

Była sobie pewna kobieta. W każdą niedzielę piekła ciasto czekoladowe dla swojego męża. Sprawiało jej radość to, jak ze smakiem się nim zajadał. Pewnej niedzieli jednak czuła, że wolałaby robić coś całkiem innego, a pieczenie jest ponad jej siły. Wiedziała jednak, że on na nie czeka. Zmusiła się, aby je upiec. Robiąc to, nie była zbyt zadowolona, bo to nie był jej dzień na grzanie piekarnika. Jak się pewnie domyślacie nie wyszło jej ono takie pyszne jak zawsze. I od tamtego dnia pieczenie ciasta nie sprawiało jej już takiej radości.

Na miejscu tej kobiety porozmawiałabym z mężem i poszła na jakieś fajne ciacho do cukierni. Myślę, że zrozumiałby.
Sami czasami wywieramy na sobie poczucie przymusu robienia czegoś, bo myślimy, że inni tego od nas wymagają.

Nie wiem co myślicie, ale tekstu dzisiaj nie będzie, nie mam weny.
Mam za to dla was propozycję – odpuśćcie sobie czasami i oddajcie się chwilom tylko dla siebie!

Chcesz tego?

Jakiś czas temu napisano o mnie na stronie Wydziału Inżynierii Procesowej i Ochrony Środowiska Politechniki Łódzkiej. Zrobiło mi się tak miło!
Jestem absolwentką tego wydziału. Czas studiów i mieszkania w Łodzi wspominam cudownie! Był to okres przełomowy w moim życiu, bo oprócz samych studiów odważyłam się spróbować samodzielnego życia pomimo swoich ograniczeń – z dala od rodziny. Z perspektywy czasu uważam to za dość szalone. Ale najważniejsze jest to, że się udało!

Uważam to za swój osobisty sukces. Dziś pewnie bym się zastanawiała jak dam sobie radę, kto mi pomoże. A jak będą jakieś schody to co? Do Łodzi wybrałam się zupełnie sama. Nie znałam tam nikogo.
Ja z tamtych lat jestem sama nauczycielem dla obecnej siebie. Nie zastanawiałam się, nie wątpiłam. Nie zakładałam, że się nie uda. Dostałam się na studia i chciałam studiować. Byłam wtedy tu i teraz i konsekwentnie realizowałam swój cel.
Myślę, że zbyt często analizujemy dane sytuacje. Mamy dużo wątpliwości i często pielęgnujemy je w swoich głowach. A przecież życia nie da się przewidzieć.

Pojechałam. Pierwsza impreza w akademiku była dzień przed rozpoczęciem zajęć. Otwarcie powiedziałam, że sama nie dam sobie rady żeby dotrzeć na uczelnię. Dostałam kilka numerów telefonów i wybór kto następnego dnia odprowadzi mnie na zajęcia! Nie myślałam, nie zamartwiałam się, że nie będę miała jak dotrzeć. Po prostu powiedziałam otwarcie o swoim problemie – było mnóstwo osób które chciały mi pomóc!

Jeśli bardzo chcemy coś osiągnąć, to jest na to jedno wyjście: RÓBMY TO.

Dwie sytuacje:
1. Byłam u koleżanki. Na następny dzień miała mieć jazdę konną – dopiero się uczy. Ostatnio nie szło jej to zbyt dobrze, była zniechęcona. Mówiła mi o swoich obawach, analizowała. Bała się, że jej się nie uda, bo ostatnim razem nie było idealnie. Odważyła się jednak pojechać na kolejną lekcję. Trenerka powiedziała jej – nie myśl, po prostu jedź! Pokłusowała i wszystkie jej lęki zniknęły.

2. Dużo teoretyzowałam o lataniu. Zadawałam instruktorowi wiele pytań. Snułam hipotetyczne sytuacje i miałam coraz więcej wątpliwości odnośnie latania. Powiedział do mnie: jeśli chcesz nauczyć się latać, to wystarczy że będziesz latać!

Jest to wielce uproszczone, ale…
Jeśli chcesz coś zrobić, to wystarczy że to zrobisz!
A jeśli szukasz wymówek, analizujesz, zastanawiasz się czy jest to właściwe…
To czy chcesz tego naprawdę?

Motywacyjny kopniak #1

Sytuacja z dziś.
Jestem w poczekalni. Na stole leży najnowszy numer Integracji. Pewien chłopak wstaje, podnosi magazyn i chce mi go wręczyć.
– Proszę! Pani jest na wózku, może się pani zainteresuje tą gazetą – mówi.
– Dziękuję bardzo! Tak się składa, że pracuję dla tego magazynu, znam ten numer doskonale – odpowiadam.
Zainteresowały się tym dwie panie, jedna z nich zwraca się do mnie:
– Świetna gazeta! Czytałam ostatni numer i był tam świetny artykuł o proteście rodziców dzieci niepełnosprawnych – mówi.
Uśmiecham i się i przyznaję (z dumą):
– To właśnie mój artykuł 🙂
– Brawo. Dobrze, że mówicie o takich istotnych rzeczach! – kontynuuje pani i rozmowa toczy się dalej.

Ale to fajne, gdy robisz coś, co w nawet najmniej oczekiwanych momentach daje ci satysfakcję! Widzę efekty i wiem, że droga jaką zmierzam jest właściwa i chcę więcej! robić (artykułów), zmieniać (myślenie), kreować (rzeczywistość).
Chwilami nie wierzę we własne siły, ale ta sytuacja uzmysłowiła mi, że pewnie jeszcze nie jedna pani czytała mój artykuł i może dołożyłam maleńką cegiełkę do tego, aby zmieniać świat na lepsze.
Często nie zdajemy sobie sprawy, że nasze życie i działania mają wpływ na innych. Nie doceniamy się. Dziś jeszcze mocniej upewniłam się, że istnienie każdego człowieka ma sens i nawet jeśli wydaje ci się, że twoje życie jest bezwartościowe, to uświadom sobie, że jest wiele dobra do którego się przyczyniasz. Żyjemy w świecie interakcji i wspólnie oddziałujemy każdy na każdego.
Spojrzyj teraz na siebie łagodniejszym okiem i pomyśl jaką dzisiaj wartość wniosłeś w życie innej drugiej osoby. Powodzenia!

Umiesz przyznać się do błędu?

 

Kiedyś nosiłam w sobie mnóstwo nienawiści, krzywdy i żalu. Do osób i sytuacji, które sprawiały, że czułam się źle, niekomfortowo albo głupio. Spychałam je głęboko, nie zastanawiając się dłużej nad nimi. Często obwiniałam innych o swoje niepowodzenia, bo wydawało mi się, że ja sama zrobiłam coś jak najlepiej. A kiedy tak nie było szukałam wymówek jeszcze gdzie indziej, nienawidząc w głębi duszy samej siebie, bo wiedziałam, że robię źle.
Byłam nerwowa, niespokojna i sama nie wiedziałam dlaczego się tak dzieje.

 

“Wobec wszystkiego, co Ci się przydarza, możesz albo sobie współczuć, albo traktować to, co się stało, jako prezent.
Wszystko jest albo okazją do rozwoju, albo przeszkodą, która zatrzyma Twój rozwój. Wybór należy do Ciebie.”
– Wayne Dyer

Najgorsze było to, że przez to, że te wszystkie porażki dusiłam w sobie nie mogłam zrobić żadnego kroku do przodu. Nie mogłam się rozwijać, bo ciągle miałam jakąś wewnętrzną blokadę.

Niezrozumienie z bliskimi. Niezaliczone egzaminy. Wieczne spóźnienia. Postanowienia w których nie wytrwałam. Niskie oceny projektów w które włożyłam całe serce. Nieudane związki.
A na pytanie „co u mnie?” udzielałam standardowej odpowiedzi „świetnie!”

Nie wiem kiedy zmieniłam nastawienie, kto i co się do tego przyczyniło, ale dziś czuję się o wiele lepiej!

Jak odnalazłam spokój?

Wszystkie moje poprzednie związki mimo tego, że się skończyły wiele wniosły do mojego życia. Przecież godzinami mogłabym opowiadać co było w nich nie tak, ale zamiast tego jestem wdzięczna, że dzięki nim obecnie mogę budować tak wspaniałą i dojrzałą relację z moim partnerem. Że dostrzegam jaką wyjątkową jest osobą i każdą chwilą cieszę się najmocniej jak potrafię. Nie noszę urazy do wszystkich złych sytuacji w jakich się znalazłam.

Mogłabym ubolewać nad tym ile sprawności zabrała mi choroba. Widzę jednak masę wrażliwości i wewnętrznego bogactwa jakie mi dała! Że dzięki niej potrafię dostrzegać co jest w moim życiu najistotniejsze i w ogóle jakim darem jest życie. Owszem każdego dnia mogłabym pytać „dlaczego ja?” i pogrążać się w tym jakie mam nieszczęście. Ale mając przed sobą perspektywę ulotności istnienia wolę żyć najpiękniej jak umiem.

Kiedyś na wakacjach skradziono mi torebkę. Nie dość że był w niej wymarzony telefon i odtwarzacz muzyczny na którego zakup zbierałam pieniądze prawie pół roku, to jeszcze była to moja ulubiona torebka. Było to bardzo nieprzyjemne doświadczenie, ale dzięki temu nauczyłam się uważniej obserwować ludzi, stałam się mądrzejsza życiowo. Długo ganiłam się wewnętrznie za swoją łatwowierność i brak rozwagi. Za to, że dopuściłam do takiej sytuacji. Bo w końcu zostawiłam ją na kocu bez nadzoru i poszłam beztrosko kąpać się w morzu. Ale w końcu przyznałam się przed sobą, że byłam nierozsądna.

Próbuję jeszcze przywołać inne sytuacje, jakie mogłabym uznać za porażki. Jednak nic nie przychodzi mi do głowy – nie dlatego że ich nie było. Bardziej dlatego, że pogodziłam się z nimi i rozliczyłam wobec siebie.

Wiem, że jest teraz moda na pozytywne myślenie i dla wielu to jest tylko abstrakcyjny bełkot. Ale uparcie będę powtarzać, że rzeczywistość jest jedna – tylko sposobów jej odbioru jest wiele. Możesz albo się zatruwać albo zacząć przeżywać swoje życie w sposób najlepszy jak potrafisz rozpoczynając właśnie od tego momentu.

Każda zła sytuacja niesie ze sobą pozytywy. Nie sztuką jest popełniać w kółko te same błędne schematy. Sztuką jest je zauważyć i wyciągać konstruktywne wnioski.
Utarło się aby być dzielnym i dawać sobie radę se wszystkim. Wiele osób uważa, że oznaką słabości jest przyznać się innym, że z czymś nie dajemy sobie rady albo nawaliliśmy. Moda na ideały nie pozwala przyznać się do błędów nawet przed samym sobą. Jednak kiedy to zrobimy – kiedy przyznamy się do porażki – będziemy bliżej siebie i otworzą nam się perspektywy na nowe możliwości.
Do dzieła!

Spojrzenia

Czasami nie potrzeba tysiąca słów. Czasami wystarczy jedno spojrzenie.

Była sroga zima. Wychodziliśmy z centrum handlowego i wtedy ona nas zaczepiła. Padał śnieg, było bardzo zimno. Poprosiła o kilka złotych na bułkę dla dziecka. Ukradkiem obcięłam ją wzrokiem i odpowiedziałam, że nie mam gotówki, bo używam karty kredytowej. Grzecznie przeprosiła i odeszła. Zaczęliśmy pakować do auta zakupy. Kilka nowych ciuchów, wiśnie w czekoladzie i pistacje, które tak uwielbiam. Odpalił auto, a ja jak najprędzej rozkręciłam ogrzewanie na maksa, żeby poczuć się w końcu komfortowo. Ruszyliśmy, a ja zaczęłam szukać w torbach wisienek. Słodkie bułki, ser, banany, jogurty… Przekopywałam się przez stertę zakupów. I nagle zobaczyłam jej oczy. Wyraz jej spojrzenia wrócił do mnie.
– Zawracaj.
– Co?
– Zawracaj. Oddamy zakupy tej pani.
– Julka…
– Zawróć proszę.
Parking – prawie pusty – był cały zaśnieżony, było już ciemno. Słyszałam cichą pracę silnika i podmuch ciepłego powietrza przerywane przez ruch wycieraczek na szybie.
– Nie widzę jej…
– Objedź w kółko.
Zniknęła.
Pozostał mi po niej wyraz oczu proszących o bułkę dla dziecka.
Byłam tak zaabsorbowana swoim komfortem – tym, że było mi zimno i chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu – że nie zauważyłam, że ta kobieta naprawdę potrzebowała mojej pomocy.
Do dziś pamiętam opatuloną twarz i te blado niebieskie oczy.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy w życiu nie potrafiłam zjeść moich ulubionych wiśni w czekoladzie.

Wracałam z uczelni. Zaparkowałam auto przed moim ulubionym sklepem spożywczym, aby zrobić codzienne zakupy. Ulubiony, bo mogłam zaparkować przy samych drzwiach, skąd bez obaw wystarczyło kilka kroków aby wejść do środka. Kawałek dalej był punkt ksero. Oceniłam stan chodnika na równy, więc postanowiłam pójść i tam, żeby wydrukować sprawozdanie z zajęć. Przeszłam kawałek i straciłam równowagę. Upadłam. Za krótką chwilę zatrzymała się przy mnie dziewczyna na rowerze i zapytała czy może mi jakoś pomóc.
– Tak. Trzeba mnie podnieść na proste nogi. Ale sama pani nie da rady.
– To zaczekam z panią chwilę.
Odstawiła rower i usiadła przy mnie na chodniku.
Siedziałyśmy tak sobie w centrum Łodzi razem na chodniku.
Próbowałam wytłumaczyć jej, że mam problemy. Że choruję, że chodzę, ale jak stracę równowagę, to już sama tak w terenie się nie pozbieram. Jednak łzy cisnęły mi się do oczu i nie potrafiłam nic powiedzieć. Spojrzałyśmy tylko na siebie, a ona uśmiechnęła się i złapała moją dłoń w swoją. Nie pamiętam jaki kolor miały jej oczy, ale pamiętam ile siły dały mi w tamtej sytuacji.
– O tramwaj przyjechał. Idą jacyś panowie. Jest dobrze.

Czułam, że wszystko mi się wali. Pierwszy raz nie zaliczyłam sesji w terminie, ledwo wyszłam ze szpitala ze złamanym nosem. Tyle osób było dookoła mnie, a ja bez przerwy czułam, że jestem sama. Zamykałam drzwi swojego własnego jednopokojowego mieszkania i nawet jak ktoś pukał, to udawałam, że mnie nie ma. Wstać po to, by coś zjeść i dalej iść spać. Nie pamiętam ile to trwało.
Aż ją zobaczyłam. W łazience na wprost mnie. Odbijała się w lustrze. I jej oczy – lekko smutne z ledwo zauważalnym odbiciem światła. Czarne, a może jasno brązowe. To było dziwne, ale zapytałam się jej czemu jest taka smutna. Nie potrafiła odpowiedzieć. Wpatrywałam się w nią dobrą godzinę, może nawet dłużej. Aż przyznała, że właśnie zrozumiała, że już bardzo dawno nie była w swoim domu, gdzie czekają na nią osoby z którymi chce się dzielić wszystkim. Obiecałam jej, że niebawem tam będzie. Zaświeciły się jak pochodnie.

Ile czasu jedzie winda z czwartego piętra na parter? To chyba zależy od windy. Jego oczy wpatrzone w moje wpatrzone w Jego oczy. Odkąd ruszyła i dopóki się nie zatrzymała. Gdzieś wszystko zniknęło poza tą windą. Windy też chyba nie było. Tylko te spojrzenia i ich odbicia. O nic nie proszące i nic nie obiecujące. Dające coś czego nie da się określić jednoznacznie. A później ta nieodparta chęć ciągłej jazdy windą…

Gdyby nie te spojrzenia – nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Nie byłabym taka jaka jestem. Czasem przypadkowe, z pozoru nic nie znaczące, a jednak wzbogacające osobowość w najbardziej finezyjny sposób.

W rozmowach często odwracamy wzrok. Bojąc się, że ktoś może zobaczyć zbyt wiele. Nie obawiajmy się patrzeć w oczy innych, mają nam tyle do zaoferowania!

Latam!

Wrześniowa pogoda nie jest pewna. Ale zapewniła 5 dni z idealnymi warunkami pogodowymi do latania. Akurat wtedy, kiedy mieliśmy termin na dolatywanie kursu paralotniowego. Inaczej być nie mogło – musiało się udać.

Ale zacznijmy od początku, bo pewnie wiele z Was jeszcze się zastanawia o co chodzi z tym moim lataniem. Chyba nawet nigdy o tym nie marzyłam, bo gdzieś podświadomie byłam pewna, że nie jest to możliwe. Aż któregoś dnia gdzieś w internecie znalazłam informację, że robią dla kulawych pierwszy w Polsce kurs latania. Do wyboru były szybowce albo paralotnie – zaznaczyłam obie opcje. Wiedziałam, że chcę latać – nie bardzo wiedziałam na czym. Zgłoszenie zostało wysłane i po jakimś czasie zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną do Konina. Kurs organizowała fundacja Podaj Dalej i tam odbywał się przesiew pretendentów – na jedno miejsce było 8 chętnych osób. Lekko zestresowana, nieco podekscytowana zasiadłam przed nieznanymi mi jeszcze wtedy panami – wiceprezesem fundacji Karolem Włodarczykiem oraz jedynym (póki co 😛 ) polskim pilotem paralotni na wózku – Jędrzejem Jaxa-Rożen. Oceniali moją determinację w tym jak bardzo chcę latać oraz fizyczne możliwości potrzebne do latania. Determinacja była ogromna – gdy tylko dowiedziałam się, że jest szansa aby wzbijać się w przestworza chciałam tego najbardziej ze wszystkiego. Ale jak to z zanikami bywa byłam świadoma tego, że nie mam pełnej siły w rękach. Kazali czekać. Po kilku dniach zadzwonił telefon, a ja miałam do wyboru 3 terminy w których mogę odbyć szkolenie latania na paralotni.
Czułam szczęście, euforię, strach przed nieznanym i ekscytację, że będę robić coś o czym większość tylko marzy. Chyba… Bo ostatecznie miało się to okazać podczas kursu.

Ruszyłam w drogę. Ku nieznanej przygodzie. Nie znałam miejsca, nie znałam ludzi, wiedziałam tylko tyle, że będę uczyć się latać. Że będę latać!

9a
Miejsce zakwaterowania urocze, sam Konin też. Ludzie byli nieznani, ale wystarczyło kilka spojrzeń w oczy, żeby wiedzieć że wszyscy są „nasi”.
Nie od razu wypuścili nas w powietrze. Paweł – nasz instruktor prowadził wykłady podczas których dowiadywaliśmy się, że z 300 m można wykręcić się na 2000 m. Mówił nam jak działa skrzydło i o całej masie innych ważnych rzeczy niezbędnych do prawidłowego latania. Wiecie, że aby złapać komin, czyli wykręcić się do góry (bo paralotnia lata bez silnika i ma tendencję do opadania) należy szukać powietrznych prądów wznoszących. Można wtedy patrzeć na ptaki. One właśnie wykorzystują kominy, aby szybując wzbijać się do góry.

 

9b

 

Specjalnie dla nas zmontowano wózki pod które można było podpiąć uprząż i skrzydło. Wszystko działało dzięki „Koniom” – wolontariuszom, którzy napędzali nas po to abyśmy mogli bezpiecznie na ziemi trenować sterowanie glajtem (z ang. paragliding- paralotniarstwo).

 

9c

 

9d

 

 

Nie zawsze wychodziło – kiedy zawiał boczny wiatr, bądź nieumiejętnie wysterowaliśmy skrzydło działy się rzeczy straszne…

 

9e

 

A raczej strasznie to wyglądało – kask chronił głowę, a wózek amortyzował upadki. Na początku słabo to wychodziło, ale każdy raz dawał coraz większego kopa i satysfakcję. I przybliżał do celu – samodzielnego lotu.
Te wszystkie upadki, wspólne przeżycia, pokonywanie własnych ograniczeń i przełamywanie się sprawiało, że stawaliśmy się zgraną i zżytą paczką. A wieczorami rozmawialiśmy już tylko o lataniu. No może prawie tylko 🙂

 

9g

 

W międzyczasie każdy z nas zrobił lot w tandemie, aby poczuć przedsmak tego co nas czeka, gdy już sami będziemy latać. Ale ja wiedziałam i czułam, że dużo fajniejsze jest sterowanie skrzydłem choćby z ziemi niż bierne siedzenie na wysokości. A u góry widoki były zachwycające i zachęcające. Zaskoczył mnie spokój jaki tam panuje. Kompletne oderwanie się od tego co dzieje się na dole. Siedzisz sobie w uprzęży i lecisz czując jak wiatr lekko pieści cię po twarzy i słyszysz szelest linek.

 

9h

 

Nadeszła w końcu chwila, kiedy po raz pierwszy zaistniała szansa na samodzielne wzbicie się do góry – hol na dłuższej linie. Było dla mnie oczywiste, że chcę spróbować jako pierwsza. „Konie” ruszyły, a ja poleciałam do góry! Doznałam szoku, nie wiedziałam co się dzieje. W głowie miałam tylko myśl, że lecę. Nie słyszałam komend, które Paweł mówił do mnie przez radio.

 

9i
Jak szybko poleciałam tak szybko opadłam na dół. Jeden z wózków przeszedł do historii, a na moich kolanach do dziś są blizny po tamtym lądowaniu.

 

9j
Była to dla mnie i innych lekcja, że latanie to nie tylko przyjemność. Wymaga ono trzeźwości umysłu, spokoju i myślenia. A najgorsze było to, że pogoda nie pozwoliła na kolejne próby latania ani mi, ani innym. Był to jedyny lot w tamtym dniu. Zresztą ostatnim dniu szkolenia. Na każde następne wszyscy musieliśmy czekać 2 miesiące.

Wrażenia po pierwszym kursie możecie poznać tutaj – było we mnie wtedy tyle emocji, że nie potrafiłam rzeczowo pisać o lataniu.

Ziarno niepewności zostało zasiane w mojej głowie. Ciągle myślałam, co było nie tak. Tysiąc razy analizowałam tamtą sytuację i zastanawiałam się, czy to był błąd techniczny, czy zabrakło mi sił i jednak nie będę mogła latać… całe dwa miesiące takich wątpliwości. Gdybym tylko mogła od razu próbowałabym dalej, ale musieliśmy czekać… Każdego dnia patrząc w niebo… Bo jak raz polecisz to już nigdy nie będziesz patrzeć na chmury tak jak dawniej…

 

1 (3)

I nadszedł ten dzień, kiedy znowu znalazłam się na lotnisku w Koninie. Skrzydło i reszta sprzętu już czekała, trzeba było tylko wsiadać i robić swoje. Uwielbiam takie sytuacje – wózek zostaje gdzieś z boku i nie jest ci potrzebny.

 

9k

 

Pierwszy raz był najgorszy, bo musiałam przełamać swoje obawy. Powiedziałam do Pawła, że się boję – stuknął dłonią w mój kask i powiedział żebym słuchała jego poleceń. Wzbiłam się do góry, wysterowałam i wylądowałam na czterech kołach!

 

50

 

Takie niskie holiki na linie robiliśmy kilka dni, aby upewnić się, że wszystko pamiętamy. Bywały też wywrotki, ale wszystkie kontrolowane 🙂
Lęki gdzieś tam minęły i zaczęła się zabawa.

9f

 

9m
I wtedy przyszedł zachodni wiatr. A to oznaczało, że są warunki do tego aby zacząć się holować na linie na wysokość 300 metrów, odpinać się z niej i latać już tak naprawdę… Chyba wszyscy się baliśmy…

 

9n

 

Poczucie tego, że za chwilę wzbijesz się do góry i wszystko będziesz mieć we własnych rękach. I to dosłownie… Siedziałam w wózku poprzypinana w uprząż. W dłoniach zaciskałam sterówki, przed sobą widziałam linę wyciągarki, która miała nadać mi prędkość do uniesienia.

 

9o
Powiedziałam do Pawła, że się boję… Odpowiedział, że nic na siłę. Ale wtedy przypomniałam sobie, że to on wtedy pozwolił mi pierwszej lecieć. Jest doskonałym instruktorem i gdyby miał wątpliwości, to nie puściłby mnie w powietrze… I pomyślałam, że on przecież cały czas jest.. wydaje komendy i pilnuje wyciągarki… Szybka decyzja – lecę.

 

9p

 

-wyciągarka napnij linę
-wyciągarka gotowa
-pilot gotów?
-…
-…
-GOTÓW!!!
-jazda jazda jazda

Lina ruszyła, a za nią ja. Zanim się zorientowałam byłam już wysoko. Spokojnymi ruchami zaciągałam lewą lub prawą sterówkę, aby wyrównać kierunek. Paweł spokojnym głosem mówił co mam robić. Nagle poczułam luz na linie. To był ten moment. kiedy miałam pociągnąć za wyczep i wypiąć linę. Bałam się, że później nie złapię sterówki, bo należało ją puścić aby sięgnąć wyczep. Ale już nie było odwrotu. Odczepiłam się od liny. Okazało się to proste i wykonalne.

 

9r

 

Rozejrzałam się dookoła. Siedziałam wygodnie w uprzęży i chłonęłam to co się działo. Widoki, szum powietrza i… poczucie bezpieczeństwa! Czułam się tam tak komfortowo i stabilnie. Nie było górek, schodów, krzeseł z których trzeba się podnosić. Leciałam tam gdzie nakazywałam skrzydłu. Wolność.

 

9s

 

9t

 

Nagle otrzeźwiałam i skupiłam się na tym, że za chwilę będę lądować. Paweł nawigował mnie z dołu. Ustawiłam się pod wiatr i cała i zdrowa wróciłam na ziemię. Wszelkie obawy zniknęły. A w głowie miałam tylko jedną myśl: „chcę znowu do góry!”

 

9u
Na następny dzień zrobiliśmy jeszcze po 2 hole. Za każdym razem było piękniej i lepiej.

Radości jaka panuje po wylądowaniu nie da się opisać. Może uda się Wam ją ujrzeć na poniższych fotach, ale… aby przekonać się jak jest naprawdę musicie odwiedzić mnie kiedyś na lotnisku!

IMG_1753

 

Nie rezygnuj ze swoich marzeń, tylko dlatego, że wydają ci się niemożliwe do zrealizowania!!!

Jestem tak słaba, że poruszam się na wózku. Latam w przestworzach. Może muszę podnosić kubek z kawą obiema rękoma, ale… linki zaciągam tak jak trzeba. Zresztą.. w powietrzu też mam swoje patenty 😉 Do państwowego egzaminu na pilota potrzeba jeszcze 27 samodzielnych lotów… a później… Sami zobaczycie!!!

 

 

I takie piękne widoczki można złapać w locie:

 

koniec (1)

koniec (2)

koniec (3)

koniec (4)

koniec (5)

 

A po więcej zapraszam tutaj 🙂

Autorzy zdjęć: Zuzanna Janaszek-Maciaszek, Rafał Michalczyk, Magdalena Dziubecka, Julicza

 

Czarodziej i orkiestra

W ostatnią niedzielę miałam niebywałą przyjemność być na fenomenalnym wydarzeniu. W Katowicach odbywał się festiwal Tauron Nowa Muzyka 2015. Perełką tego eventu był koncert w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia. Budynek specjalnie wybudowany dla tej orkiestry, architektonicznie zachwycający.

 

1

fot. M. Rzemek

 

2

fot. R. Michalczyk

 

Wraz z orkiestrą zagrał dj muzyki elektronicznej – Jeff Mills. A ściślej orkiestra zagrała z Millsem. Bo to właśnie ten wybitny artysta stworzył muzykę odgrywaną tamtego wieczoru na scenie. Dwa pozornie różne gatunki muzyczne starły się ze sobą. Coś co pozornie nie pasowało do siebie utworzyło majstersztyk – nie tylko zachwycający i dający nieznane, silne, pozytywne wrażenia – ale i łączący ludzi. Zupełnie odmiennych. Osoby słuchające klasyki i “ludzi techno”. Tego wieczoru nie było podziałów. Ten show połączył dwa odmienne srodowiska, pokazał, że wszyscy są równi. Muzyka łączy grupy, a genialna muzyka łączy wszystkich. Burzy podziały, a tworzy równość. Inność nie istnieje, inność jest naturalnością. I w tamtym momencie muzyka była nie tylko dźwiękami. Niczym gołąb pocztowy dostarczała widzom mocny przekaz, usiłując zmienić ludzkie myślenie. Na lepsze, bardziej świadome.

4

fot. R. Michalczyk

 

Osoby ubrane w eleganckie suknie, koszule, marynarki byli w jednym miejscu z ludźmi z warkoczykami na głowie, tunelami w uszach i koszulkach z psychodelicznymi nadrukami. I wszyscy czuli te same pozytywne emocje. Czy może być coś wspanialszego?

3

fot. M. Rzemek

 

To tylko potwierdziło, że muzyka elektroniczna jest wynikiem ewolucji klasyki. Dziś kreowana na syntezatorach. Kiedyś, odgrywana na dziesiątkach instrumentów robionych z pełnym kunsztem, by osiągnąć doskonałość dźwięku. Tworzono instrumenty, by wydobyć emocje, uczucia, przekazy. Takie, których nie da się wyrazić słowami. Prezenterka zapowiadającą koncert powiedziała, że tam, gdzie kończą się słowa zaczyna się muzyka. By pokazywać i ukazywać to, co najpiękniejsze.

6

fot. R. Michalczyk

 

Nawet wizualnie każdy szczegół idealnie komponował się ze sobą.
Kolorowe światła padające z góry na scenę odbijały sie w instrumentach. Błyszczące skrzypce powielały ciepłe odcienie swą drewnianą powierzchnią. Poruszające się w rytm muzyki puzony były niczym stretoskopy srebrem roznoszące kolorowe promienie po całej sali. To nie była muzyka. To były czary.

7

fot. R. Michalczyk

 

Było to tak magiczne, że w pewnym momencie nie byłam w sali koncertowej. Znalazłam się w jakimiś obcym wymiarze i byłam świadkiem rytuału. Nad zgromadzoną orkiestrą stał dyrygent- Christophe Mangou. Niczym szaman odprawiający tajemny ceremoniał wyginał swoje ciało w dziwaczne pozy. Wykrzywiał ręce, rozkładał palce, tupał nogami. Swoimi ruchami robił to co malarz za pomocą pędzla. Kreował artyzm na najwyższym poziomie. Aby stwarzać doskonały rytm, wprawiał w drgania całe otoczenie.

5

fot. R. Michalczyk

 

Spojrzałam na widownię. Głowy gapiów ruszały się przedziwnie zgodnie z tymi drganiami. Jak w jakimś transie. Cała sala, przedmioty, muzyka, ludzie byli nastawieni na tą samą częstotliwość. Otumanieni tą chwilą. Zahipnotyzowani. Oderwani od tego, że po torach jeżdżą tramwaje, lodówka w domu jest prawie pusta, że czas upływa. Ale to nie dyrygent był tego sprawcą. Za czarną djką stał ON. Ubrany w lekko błyszczącą czarną marynarkę zapinaną na suwak. CZARODZIEJ.

9

fot. R. Michalczyk

 

Bo tak o nim mówią. Jeff Mills, który na żywo dokładał kolejne wisienki do tortu granego przez orkiestrę. Podbijał doznania dźwiękami z syntezatora i automatu perkusyjnego i odsyłał w inne wymiary.
8

fot. R. Michalczyk

 

Klasyczna orkiestra i DJ techno. Nuty spisane osobno dla skrzypiec, bębnów, klarnetów, trąbek, dzwonów, wiolonczel, ksylofonów i dziesiątek innych, odzwierciedlające muzykę którą Mills stworzył na syntezatorze. Wszystko wyważone w taki sposób, aby porywało każdego, niezależnie jakiej muzyki słucha na codzień.

Po koncercie dyskutowaliśmy, czy wydalibyśmy własne pieniądze na ten koncert. Bo wejściówki dzięki koledze mieliśmy za free. Ja przed koncertem może bym się zastanowiła. Ale teraz po, odmówiłabym sobie wiele żeby iść na taki koncert. Bo wiem co tam się działo. I jakie to było niezwykłe doznanie. I chciałabym to jeszcze przeżyć. Nie raz… I nie dwa…

Miski kontra rzeczywistość

Nadeszła chwila kiedy powrócę do przeżyć i zdarzeń związanych z warsztatami i wyborami Miss Polski na wózku.
Pierwszy dzień w stolicy okazał się być udany. To co nieznane powoli stawało się oczywiste. Jadąc do Warszawy byłam pełna obaw i niepewności. Jak będzie, jakie będą pozostałe dziewczyny i czy atmosfera okaże się odpowiednia. Wyjaśniło się, że niepotrzebnie. Wszystko było naturalne i już po pierwszym dniu czułyśmy się jak jedna wielka rodzina. Nie było mowy o jakiś złych emocjach i rywalizacji.

7D

Od samego początku warsztatów pracowałyśmy ciężko, żeby przygotować się na galę finałową. W krótkich przerwach pomiędzy make-upem, czesaniem, przymiarkami i sesjami foto poznawaliśmy siebie nawzajem. Jeśli chodzi o pierwszą sesję zdjęciową, to była ona dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie mając do czynienia do tej pory z modelingiem moja wizja wyglądała dość prosto. Umalują mnie, ubiorą, ustawią nóżkę, a ja będę świetnie wyglądać i zdjęcia wyjdą super. Moim zadaniem było odegranie scenki damsko-męskiej, gdzie miałam być pewną siebie wyrafinowaną kobietą, która dostaje to czego sobie zapragnie. Bo… jak na prawdziwą kobietę przystało – ma taki kaprys. Nie było łatwo. Ciężko było mi wcielić się w tą rolę. Biorąc również pod uwagę fizyczne trudności w pozowaniu, to właśnie wydobycie emocji z wnętrza samej siebie jest najtrudniejsze. Ale bez tego żadna fotka nie będzie dobra. Chyba się udało (dzięki ci losie, że miałam co wydobywać). Efekty będziecie mogli zobaczyć w kalendarzu Fundacji Jedyna Taka, który ukaże się jesienią.

7C

 

7G

 

Nie będę relacjonować Wam każdego dnia. Istnieje natomiast ważna kwestia którą muszę poruszyć. Bo według mnie wszystkie działania i sam konkurs Miss Polski na wózku to fantastyczna inicjatywa. Tak bardzo, że aż budząca pewnego rodzaju kontrowersje. Pojawiły się głosy, że konkurs promujący równość wszystkich kobiet robi podział, bo biorą w nim udział właśnie tylko kobiety na wózkach. Postawiono pytania, dlaczego wózkowiczki nie biorą udziału w konkursie Miss Polski, razem z innymi sprawnymi dziewczynami. Jestem zdziwiona.

7E

 

7F

Rzeczywistość jest jedna. Ale może być różna na 7,3 miliarda sposobów.

Bo ważne jest jak ją postrzegamy i odbieramy. I co dla siebie chcemy z niej wyciągnąć. Ludzie co jest z Wami? Czy jeśli organizacja XYZ podejmie się akcji dokarmiania dzieci w Burundi, powinna być zhejtowana za to, że nie nakarmiła również tych z Rwandy? Ten konkurs niesie wiele pozytywów i zmienia myślenie znaczącej ilości osób. To już wystarczający powód do tego, żeby zrobić ukłon w stronę Fundacji i powstrzymać się od zbędnych komentarzy. Jestem w pełni przekonana, że jeśli nastąpiłaby sytuacja, gdzie laska na wózku stanęłaby w wyborach razem ze sprawnymi, to byłoby to niezwykłe i fantastyczne wydarzenie. Ale znaleźli by się tacy, którzy posądziliby ją o wzbudzanie litości, a nawet o robienie parodii ze swojej niepełnosprawności.

Rzeczywistość jest jedna. Ale nikt tak na prawdę nie wie jaka jest ta prawda uniwersalna. Można przyjmować, to co sądzi większość. Można zgodzić się z jednym wariatem, który ma tak odmienne poglądy, że aż najprawdziwsze. Albo pozwolić zatruwać się jadem od tych, którzy wszędzie doszukują się tego co najgorsze. Można być samoświadomym i odbierać rzeczywistość w sposób, który jest właściwy dla nas samych. Który daje nam pozytywne odzwierciedlenie w życiu.

A TY? Jak postrzegasz swoją rzeczywistość?

Najsmaczniejszy ptyś na świecie

Już w mitologii przestrzegano, że latanie nie jest domeną ludzi. Ikar skończył tragicznie. Znaleźli się jednak tacy, którzy postanowili przeciwstawić się siłom natury i wzbić się ponad wszelkie wyobrażenia i granice. Dzięki temu możemy latać.
Miałam okazję zaledwie polizać wielkiego ptysia, co się nazywa PARALOTNIARSTWO, ale już wiem, że chcę go jeść każdego dnia. Na śniadanie, obiad, kolację, podwieczorek.

6a
Bo tak naprawdę nie chodzi o samo latanie. Chodzi o emocje.
Emocje tak pozytywne, że zaczynamy patrzeć na świat inaczej niż zwykle. A rzeczy z pozoru błahe i dobrze nam znane nabierają innego znaczenia. Już zawsze patrząc na chmury będę w nich widzieć nie tylko kształty, ale też wolność i szczęście. I tylko ja sama będę wiedzieć ile te chmury dla mnie znaczą. Bo pod ich kształtami kryją się moje wspomnienia, wywrotki, walka z wiatrem, cudowni ludzie, poczucie bycia w każdym z trzech wymiarów i nieskończoności piękna tego świata.

6b
Warto szukać takich emocji. Czystych, szczerych, naszych własnych. Które za każdym razem wywołają u Was zagadkowy uśmiech i drżenie każdej cząstki naszego ciała… życzę Wam waszych własnych smacznych ptysi 🙂

6c

Powyżej najpiękniejsze lądowanie w kwiatach i słońcu.

Więcej info o moim lataniu na Podaj Dalej.
Były to dla mnie przeżycia tak osobiste i kosmiczne, że póki co nie jestem w stanie napisać na ten temat nic więcej…