Niebieskie piórko

Twórcze kreowanie własnej rzeczywistości, energia kosmosu, siła myśli, potęga wiary. Ostatnio nastała moda na rozwój osobisty, coraz więcej osób interesuje się własną samoświadomością. Zapotrzebowanie stworzyło produkt, który można sprzedać- poradniki jak żyć szczęśliwie, jak osiągać sukces i jak odnaleźć samego siebie wśród tego syfu, który nas otacza.

Lubię taką tematykę. Lubię mieć poczucie, że robię coś dla siebie- choćby czytać takie właśnie książki. Ale wiecie ile pozycji przerzuciłam i nie wyciągnęłam z tego nic oprócz próżnego przekonania, że się rozwijam, bo je czytam? Ba! Czasem wystarczyło, że zakupiłam kilka poradników, które wylądowały w szufladzie i nie zostały nigdy otworzone.

Jakiś rok temu nabyłam sobie dziennik coachingowy. Taką ćwiczeniówkę dla dorosłych, która pomaga zrozumieć samego siebie. W ramach postanowień noworocznych otrzepałam go z kurzu i systematycznie zaczęłam wypełniać. Według autorów na dziennik należy poświęcić 30 min dziennie- ja poświęcałam mniej niż 10.
Jednym z zadań było wypisanie sobie celów do osiągnięcia na najbliższe pół roku w każdym z ośmiu obszarów. Według autorek były to: otoczenie, kariera, rekreacja,, zdrowie, rozwój osobisty, rodzina/przyjaciele, partner oraz finanse. Cel miał być w formie dokonanej. Przy każdym z celów należało umieścić datę jego realizacji.

Zawsze kręciły mnie pieniądze. Zawsze lubiłam być kreatywna i nie znosiłam monotonii. Odkąd usłyszałam o kimś takim jak specjalista do spraw pozyskiwania funduszy czułam, że ta robota jest dla mnie. Dlatego przy obszarze kariera wpisałam „mam pracę przy projektach”. Do kiedy chciałam to osiągnąć? Do lipca 2015 roku…

5aa

Napisałam CV, nawet wstawiłam zielone tło, żeby pokazać jaka jestem twórcza i kreatywna. Rozesłałam je wszędzie gdzie się dało, zapisałam się na specjalistyczne szkolenia.
Żeby być bardziej profesjonalna w tym co robię zakupiłam kolejny poradnik. Zgadnij, ile razy do niego zajrzałam…

5b

Leży od 4 miesięcy w jednym i tym samym miejscu. Ale każdego dnia kiedy patrzyłam na niego powtarzałam sobie „jestem specjalistką do spraw pozyskiwania funduszy unijnych”. Myłam zęby i patrząc w lustro w myślach mówiłam swoją formułkę. Oczami wyobraźni widziałam siebie w białej koszuli, okularach i czerwonych szpilkach, w mega nowoczesnym biurze pracującą przy lapku w fajnym zespole. Profesjonalnie nazywa się to wizualizacja. Słyszałeś o efekcie niebieskiego piórka opisanym przez Richarda Bacha? Chodzi o to, żebyś wyobraził sobie niebieskie piórko, to jak wygląda albo jak wiruje na wietrze. I jeśli każdego następnego dnia będziesz o nim myślał, to w pewnym momencie to niebieskie piórko pojawi się fizycznie w twoim życiu. Takie czary-mary XXI wieku.

Był koniec marca 2015. Z tysiąca potencjalnych pracodawców do których wysłałam CV odezwała się jedna firma. Zestresowana pojechałam na rozmowę. Nie wiem, czy można tak powiedzieć, ale była przesympatyczna. Taka jakaś pełna werwy do życia byłam po niej. Mieli się w przeciągu tygodnia odezwać. Się nie odezwali. A ja dalej patrząc na siebie w lustrze i już trochę z przekorą w oczach powtarzałam, że przecież jestem tą specjalistką. W międzyczasie napisałam swój pierwszy samodzielny wniosek o dotacje dla zaprzyjaźnionego stowarzyszenia. Nie przeszedł. Myję zęby, maluję się przed lustrem, gotuję obiad, robię brzuszki, jestem specjalistką do spraw pozyskiwania funduszy.

Już dawno zapomniałam o tej jednej rozmowie kwalifikacyjnej i dalej żyłam swoim życiem.

1 lipca 2015. Jadę autem. Dzwoni telefon. Czerwone światło. Aaaaa odbiorę. Na linii jest pan z firmy i mówi o szczegółach z naszej rozmowy o pracę. Wow zapamiętał mnie- myślę sobie. Odpowiadam mu, że oddzwonię. Tak bardzo miło zaskoczył mnie ten telefon. Przez moment pogwiazdorzyłam i stwierdziłam, że do nich zadzwonię i powiem, że teraz to mi to lotto. Jednak gdy ochłonęłam, postanowiłam, że posłucham co ma mi do powiedzenia. I wiecie co? Będę specjalistką do spraw pozyskiwania funduszy (Oj przepraszam. JESTEM)!!! Dostałam ofertę z warunkami lepszymi niż te na rozmowie, dostałam ofertę z warunkami wprost wymarzonymi dla mnie!

Po rozmowie wzięłam do ręki swój dziennik, bo byłam ciekawa jaką obligatoryjną datę wypisałam dla znalezienia pracy przy projektach. Lipiec 2015. Ofertę pracy dostałam 1 lipca. Przypadek? A może czary-mary XXI wieku.

Nie wiem czy to energia kosmosu czy magia tęczy sprawiła, że cel jaki założyłam został w tak zaskakujący sposób zrealizowany. Ale wiecie co? Chyba zaczynam w to wierzyć. No i teraz tworzę całą listę swoich wizualizacji! I Wy też to zróbcie. Macie żywy przykład na to, że chcieć to móc!

Wróżba Kominka

Cały ostatni weekend spędziłam na dopieszczaniu bloga i czytaniu poradnika dla blogerów, którego autorem jest popularny w blogosferze Tomek Tomczyk. Przez niektórych znany pod pseudonimem Kominek. Według niego jeśli jesteś w stanie zrezygnować ze swoich dotychczasowych przyzwyczajeń, zaniedbać znajomych i zadowolisz się kawałkiem pizzy z wczoraj na obiad, bo piszesz-masz zadatki na dobrego blogera. I ma w tym 100% racji.

Bo tyczy się to nie tylko pisania bloga.

Jeśli chcemy być dobrzy w tym co robimy zawsze musimy się poświęcić. Nie da się działać na odwal się i zdobyć złote góry. Zdobywałeś kiedyś jakąś górę? Stanie na początku szlaku i patrzenie z zazdrością na innych przybliżyło cię do szczytu? Spowolniło tylko jego zdobycie.

A co się działo kiedy w mediach pojawiła się Chodakowska? Wszędzie czytałam i słyszałam jaki z niej paszczur. Że musiała pojawić się brzydula, żeby pokazać, że każda kobieta może być atrakcyjna. (Ja osobiście uważam ja za ładną, przynajmniej nie jest kolejny klonem). Skoro jest taka pospolita, to przecież wszystkie inne kobiety w mniej więcej jej wieku mogły odnieść taki sukces. No właśnie. MOGŁY. Ale nie chciało im się ruszyć swoich czterech liter. A Ewa wybiła się, bo jest dobra w tym co robi. Bo ciężko pracowała nad sobą i teraz też się temu poświęca. Ci którzy mówią o niej w tak negatywny sposób oczami wyobraźni widzą siebie na jej miejscu. Nie potrafią zrozumieć, że cały świat usłyszał o dziewczynie, która była kiedyś taka jak oni sami. Nie widzą sprawiedliwości na świecie. Z tym, że mają problem żeby choć raz w tygodniu wybrać się na siłkę.

Ile razy patrzyłaś na koleżankę i zastanawiałaś się jak ona to robi że ma tak ponętną figurę? A ty co zrobiłaś dla swojej sylwetki? Poszłaś na obiad do Pizza Hut? Ile razy zazdrościłeś koledze wzięcia u lasek? Gdybyś tylko miał taką furę jak on… Patrzysz na bogaczy i zazdrościsz im ich życia? A znasz ich drogę do bogactwa?

Ludzie dzielą się na dwie kategorie: tych którzy żyją swoim pomyślnym życiem i tych którzy im tego zazdroszczą, ale nie zrobią nic żeby na lepsze zmienić swoje. Ci drudzy czekają na wygraną w lotka, księcia na białym koniu…..bo przecież są tacy wyjątkowi, że zasługują na to co najlepsze. Narasta w nich gorycz i poczucie niesprawiedliwości, że wszyscy mają z górki a oni pod. Patrzą na „wybrańców” i mówią, że im wszystko przychodzi z taką łatwością. Oni sami mają pecha w życiu i co by nie robili ten pech ich nie opuszcza.

A teraz udajmy się w podróż 3 lata wstecz. Od dziecka uwielbiałam koszykówkę. Do momentu aż choroba wykluczyła mnie z udziału w tej dyscyplinie. Jednak w pewien weekend będąc w Krakowie miałam okazję spróbować gry w kosza na wózku.

4b

Dopiero poznawałam świat niepełnosprawnych i była to dla mnie mega informacja, że istnieje coś takiego. Ochoczo zgłosiłam swój udział w turnieju. Podzielono nas na drużyny, dostaliśmy specjalne wózki i zabawa się zaczęła. Pełna dziecięcego optymizmu nie przewidziałam, że przecież nie tylko nogi mam słabe. Moje ręce również nie wykazują 100% sprawności. Skutek był taki, że gdy docierałam pod kosz gdzie toczyła się akcja… akcja przenosiła się pod drugi kosz. Kilka razy rzucono mi piłkę, chyba raz udało mi się ją złapać. Nie było mowy żeby dorzucić do kosza, więc podałam ją do innej osoby z drużyny. A uściślając- przeturlałam.

4a

 

Oceniając swoją sytuację obrałam strategię niszcz i wjeżdżaj w przeciwników i tak dotrwałam do końca turnieju. Moja drużyna zajęła drugie miejsce i zdobyła srebrny puchar. Ja nie czułam się zwycięzcą. Ale później wydarzyło się coś co zmieniło moje przekonanie. Był tam trener który szkolił ogólnopolską kadrę. Powiedział, że szczególnie jedna osoba zasługuje na specjalne wyróżnienie. Takiego hartu ducha nie widział dawno. Pomyślałam, że mówi o kapitanie zwycięskiej drużyny. Najprzystojniejszym i najsilniejszym z nas wszystkich. Skierowałam wzrok na jego osobę. Tymczasem trener wskazał mnie. W dupie z medalami, bo te słowa znaczyły dla mnie więcej niż szczerozłoty medal wykładany diamemtami.

Nie oceniaj siebie miarą innych. Nie zawsze osiągniesz to o czym marzysz. Może nie uda ci się dobić do idealnej wagi. Albo zabraknie paru tysiaków i na wakacje polecisz do Grecji, a nie na Kubę. Ale będziesz mieć to zajebiste poczucie, że zrobiłeś coś ze sobą. Że to jest twoje życie i ty nim władasz. Sama droga do twojego celu zaskoczy cię pozytywnie. I to jest właśnie ten twój szczyt. I nikt ci nie powie, że jesteś do bani, bo znasz swoją wartość. I nie będziesz mierzyć się czyimś sukcesem. Bo twój będzie największy.

Jesteś lekiem na całe zło

Ona i on. Samotni, łaknący bliskości, trochę poranieni przez przeszłe związki… 

Wypełniają swoje codzienne czynności jak zombie czekając aż spotka ich zbawienie w postaci tej drugiej połówki. Nigdzie nie wychodzą, każdy ich dzień wygląda tak samo. Snują się jak duchy w swoim życiu i nie dostrzegają tego co dzieje się dookoła. W końcu spotykają się na parapetówce u wspólnego znajomego. Ona ma niezłą figurę, jemu dobrze z oczu patrzy. Stępione alkoholem zmysły dają im znać, że to jest ta osoba na którą czekali całe życie. Bing bang big love.

Oboje czują się tak jakby wygrali milion na loterii i lot w kosmos. Wszystkie ich codzienne problemy zniknęły, nie ma przeszkód których nie mogliby pokonać. Wspólne plany, kolorowa przyszłość. Ona pakuje swojego kota w walizkę i wprowadza się do jego kawalerki w centrum miasta. On zachwyca się jej nieustającą gadaniną- przecież to takie słodkie. Ona uwielbia jego uroczą niezdarność. Dni mijają, uczucia stygną, a oni dalej wierzą, że ten związek to wybawienie od monotonii i jedyna właściwa droga do spełnienia w życiu. Każdą wolną chwilę spędzają ze sobą trzymając się za rączkę. Są szczęściarzami i to nie byle jakimi. Przecież takie coś przytrafiło się tylko im.

Czas mija, ona i on powoli schodzą ze swojego nieba na ziemię. Gdzieś tam w nich ciągle jest niepokój i jakaś taka dziwna nerwowość. W zasadzie, to nie są już dla siebie tacy idealni. Brakuje im pomysłów na wspólne weekendy. Wolny czas spędzają tkwiąc z nosem w swoim telefonach, patrząc jak znajomi dobrze się bawią i informują o tym innych na fejsie. Nagle nie mają o czym rozmawiać. Ona nie wie skąd w niej tyle goryczy, on woli myśleć o koleżankach z pracy niż o niej. Co się dzieje? Przecież miało być tak pięknie, a znów trafili na nieodpowiednie osoby. On zakłada słuchawki na uszy żeby nie słuchać ile ona gada. Jego niezdarność wywołuje w niej uczucie politowania. Pakuje kota do walizki…

Ona i on. Samotni, łaknący bliskości, trochę poranieni przez przeszłe związki…

Nie twierdzę, że związki są słabe. Ale drażni mnie to co widzę dookoła.  Zamiast szukać desperacko ratunku w drugiej osobie, spróbuj sam ogarnąć swoje życie. Znajdź swoją drogę i zajęcia, które dają ci spełnienie. Zajmij się czymś pożytecznym, a nie tylko czekaj na to, aż ktoś wybawi cię z twojego nudnego życia. Jest nudne i beznadziejne, bo ty nic nie robisz żeby to zmienić. I żadna inna osoba tego nie zmieni! Na dłuższą metę nikt inny nie da ci spełnienia i nie wypełni pustki jaką masz w sobie.

Szukając ratunku w drugiej połówce zachowujesz się jak smarkaty egoista, który wykorzystuje drugą osobę jak towar, który da mu chwilowe szczęście. A później do kogo będziesz mieć pretensje, że znowu nie wyszło? Pewnie nie do samego siebie…

Dopiero wtedy jak zrobisz porządek sam ze sobą, związek będzie nie tylko szczęściem, ale obłędną i kapitalną wspólną drogą.

Kolorowe skarpetki nurkowe

W ostatni weekend byłam na wypadzie nurkowym na Zakrzówku. Jak to jest, że osoba korzystająca z wózka może nurkować? Ano normalnie. Bo w wodzie nie ma takich ograniczeń jak na lądzie. Jesteśmy lżejsi, a każdy ruch można wykonać wkładając w to znacznie mniej siły. Daje mi ono poczucie totalnej swobody i wolności, a chyba każdy z nas chce je czuć…

Ale żeby nie było tak łatwo pogoda nas nie rozpieszczała. Temperatura powietrza nie była zbyt przyjazna, trochę wiało i padał deszcz. Dla osoby, której wiecznie jest zimno i kiedy tylko jest okazja grzeje się suszarką, są to warunki prawie ekstremalne.

2a

 

Musiałam rozebrać się do kostiumu żeby wcisnąć się w piankę i docieplacz. A samo ich ubieranie to dopiero jest jazda bez trzymanki. Nie mam jeszcze skompletowanego własnego sprzętu. Miałam szczęście, bo trafiłam na odpowiedni rozmiar- kolega męczył się ponad pół godziny, a okazało się, że jednak się nie dopnie- musiał zacząć zabawę od początku… A co do sprzętu- jak zwykle musiałam się wyróżnić i tym razem furorę zrobiły moje nietypowe skarpetki nurkowe. No cóż, przynajmniej byłam pewna, że nie zgubią mnie pod wodą 🙂

2b

Wspomagając się gorącą herbatką czekałam aż moi partnerzy nurkowi ogarną swój i mój sprzęt i coraz bardziej dopadała mnie myśl, że może jednak zrezygnuję- nie byłabym jedyna. W końcu ruszyliśmy w stronę zejścia do wody. Było mi ciasno, miałam trudności w oddychaniu przez dopasowaną piankę i czułam, że jest mi coraz zimniej. A co dopiero będzie w wodzie która znacznie lepiej przewodzi ciepło i wychładza ciało 20 razy szybciej niż powietrze? I ta myśl która tak często mnie dopada: „Julita! Coś ty znowu wymyśliła? Na co ci to wszystko. Mogłaś leżeć pod kocykiem i czytać książki”. Oj wielokrotnie słyszę takie myśli w swojej głowie. Ale nie potrafiłam zrezygnować. Chłopaki wsadzili mnie do wody, podopinaliśmy sprzęt, założyliśmy maski…

ZDJECIE

Zanurzenie… Pierwszy podwodny wdech… Słyszę ciszę! Wydech… Bąbelki… Jestem taka lekka… Czułam jak w moją twarz wbijają się tysiące szpilek- na pewno znacie to uczucie, gdy wychodzicie na mróz. Zanurzaliśmy się coraz głębiej. Woda tym razem nie była zbyt przejrzysta, ale dzięki temu panowała tam aura tajemniczości i baśniowości. Z dala dostrzegałam czarne kształty, które przy zbliżeniu zamieniały się w lustra i zatopione samoloty. Czułam się jak eksplorator tego niezwykłego miejsca. W pewnym momencie skupiłam się na wirujących w wodzie pyłkach. I kompletnie zatraciłam poczucie świadomości, przez moment byłam jedną z tych wirujących cząstek. Byłam TYLKO ja i liczyło się TYLKO teraz. I właśnie dla tej krótkiej chwili warto było zejść pod wodę!

Wynurzyłam się zmarznięta ale jaka spełniona i szczęśliwa!

2d
Jeśli coś kochamy robić, jeśli zależy nam na czymś, to jesteśmy w stanie przezwyciężyć swoje słabości i przyzwyczajenia. Czasem warto opuścić wygodne i bezpieczne miejsce, zrobić coś co nie jest do końca komfortowe, ale może dać nam chwile szczęścia i satysfakcję, jakich nie zaznamy tkwiąc ciągle w tym samym punkcie.

3,2,1 startujemy!

Nazywam się Julita,

blog powstał po to, aby moja nadproduktywność myślowa znalazła w końcu swoje ujście.

Będę tutaj pisać głównie o swoich przemyśleniach i działaniach, a jest ich naprawdę wiele. Nie będę psuć Wam zabawy i wymieniać teraz wszystkich. Pozwólcie, że będę dozować to, czym chcę się z Wami podzielić. Liczę na to, że zachęcę Was do zrobienia kroku w kierunku tego o czym marzycie i co chcecie osiągnąć.

Dlaczego? Choruje na dystrofię mięśniową, która stopniowo osłabia moje mięśnie. Ta choroba wiele mi odebrała, ale dała takiego kopa i moc, że jestem gotowa dzielić się nią z Wami. Czytaj dalej 3,2,1 startujemy!