Moje nowe życie – na wózku

Dziewczyna, brunetka, w białej koronkowej tubice siedzi na wózku. W tle nowoczesne sklepienie budynku ze szkła i metalu.

To już prawie 4 lata odkąd w większości żyję na wózku. Pewnie dla ludzi którzy znali mnie od dawna, jestem tą samą osobą jak dawniej, tylko na wózku. Sprawa ma się nieco inaczej z nowo spotykanymi osobami. Myślę, że one często postrzegają mnie przez pryzmat wózka. W końcu nie da się go ukryć, schować do kieszeni jak jakiejś tajemnicy. Stereotyp wózka jest mocno zakorzeniony w naszych umysłach… Ale czy zawsze?

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja kuzynka podczas wakacji zabrała mnie na spotkanie do swojej przyjaciółki. Pociągiem… Było to niesamowite przeżycie, bo mimo tego że byłam prawie dorosła (ba miałam 7 lat!) to do tamtej pory nigdy nie jechałam pociągiem. Jestem córką mechanika, miłośnika samochodów, więc w podróże duże i te mniejsze zawsze jeździliśmy osobówką.

Tamte wspomnienia są poszarpane. Pamiętam tylko urywki. Wagon wydawał mi się niezwykle wysoki, kuzynka Ania musiała mnie do niego podsadzać. Przedział był ogromny w porównaniu do niewielkiej przestrzeni w samochodzie. Furkot kół nadawał niesamowity podkład muzyczny całej eskapadzie. To było coś niesamowitego… Chyba największa atrakcja tamtych wakacji.

Tą niepewność i ekscytację poczułam za kolejne 12 lat.

Była Wielkanoc 2018. W moim aucie (bo to nadal mój ulubiony środek transportu) padł alternator. Auto wylądowało u zaprzyjaźnionych mechaników w Warszawie, bo tam była awaria.

Dziewczyna w białych słuchawkach i wzorzystej bluzce z falbanką siedzi w samochodzie. Patrzy się w obiektyw. W tle widać że w bagażniku jest wózek inwalidzki

Dobra muzyka, pełny bak paliwa, wózek w bagażniku. I do przodu.

 

Ale ja na święta musiałam wrócić z Warszawy do domu. Nawet mama chciała po mnie przyjeżdżać. Spodobał mi się ten pomysł. Ale za chwilę przyszło mi do głowy, że przecież sprzątanie, gotowanie. Jest tyle rzeczy do zrobienia przed świętami, sami wiecie.

– Dobra postanowiłam. Przyjadę pociągiem – zakomunikowałam.

Na wózku wszystko przeżywasz od nowa. Inaczej.

I nawet jak wcześniej robiłeś milion razy jakąś rzecz, chodząc jeszcze, to na wózku jest inaczej.

Dworzec Centralny. Zmiana peronu. Wszyscy gnają po schodach. Ty czekasz na windę 3 minuty i nie wiesz, czy twój pociąg już odjechał czy jeszcze nie.

Później ten stres przed wsiadaniem do przedziału. Że ktoś Ci musi pomóc, że może winda czy tam platforma nie zadziała.

Nagle rzeczy zwykłe, pierrrrdoły o których nie miałeś wcześniej pojęcia, stają się barierą nie do przeskoczenia.

I te spojrzenia…

Już nie wtopisz się w tłum. O karierze tajnego agenta możesz zapomnieć! Ludzie albo się do ciebie uśmiechają, bo super sobie radzisz bo nie siedzisz w domu tylko jedziesz właśnie pociągiem. Albo całkiem odwracają wzrok. I tylko krzyczą do innych jak idziesz (czy tam jedziesz). Krzyczą: „Uuuwaaga!”. Oczywiście robią to w dobrej wierze, bo chcą żeby inni zrobili mi przejście. Ale mi ta „Uwaga!” kojarzy się negatywnie. Z niebezpieczeństwem, z alarmem, krzywdą. Jakby wąż jadowity po tym peronie pełzł albo samochód z zawrotną szybkością jechał i miał kogoś potrącić. UUUWAAAAGAAAA!!!!!!!!!

A ja sobie tylko idę grzecznie. I jak ktoś akurat stoi na środku z walizką przy nodze i nosem w telefonie, to ja sobie go ominę na prawo czy tam na lewo. A jak nie będę miała jak, to sama bezpośrednio powiem do niego „przepraszam, zrobisz mi przejście?”.

Na wózku doświadczam nowego życia.

Niby te same sytuacje, niby ta sama ja. Ale kontekst jest inny. A kontekst jest kluczowy (wiem bo psychologia poznawcza to mój konik).

Dokładnie pamiętam wykład na którym mój ulubiony profesor opowiadał że jedno winogrono w misce karaluchów nic nie zmieni na lepsze. Ale jeden karaluch w misce pełnej winogron może wszystko popsuć.

I ta moja niepełnosprawność czasem jest jak taki karaluch. Rzuca cień na wszystko, na mnie. To wózek jest najważniejszy w odbiorze mojego wizerunku. Jest tak silną cechą, że dominuje. Sprawia że ludziom w głowie uruchamia się od razu zakładka pod tytułem niepełnosprawność. A jakie ona budzi emocje to wszyscy wiemy.

Ale ja uczę się cierpliwości. Niech sobie patrzą na ten mój wózek. Niech sobie kojarzą ze mną te wszystkie cechy które im tam siedzą w głowie w teczce „niepełnosprawność”.

Kosmos

Robię swoje. Siedzę i jadę tym zatłoczonym przed świętami pociągiem. Siedzę na tym przeklętym wózku w przejściu, bo jest tyle ludzi że nie ma opcji żeby na wózku gdziekolwiek dalej pójść. Odcinam się od całej sytuacji, próbując uciec w kosmos. I to dosłownie bo w ręku mam książkę Hawkinga o czarnych dziurach. Tylko nie mogę jej cholera przeczytać, bo na tym wózku blokuję przejście. A co chwilę ktoś przechodzi, szturcha mnie. Patrzę więc na szybę, na krople deszczu przesuwające się pod wpływem siły prędkości. I nagle koleś który siedzi obok mnie na sportowej torbie mówi do mnie:

– Fajne masz oczy.

Uśmiecham się. Mówię „dzięki” i z uporem maniaka dalej wpatruje się w te krople. Nie zamieniamy ze sobą już ani słowa. On za chwilę wysiada z tego pociągu, na koniec wymieniamy się uśmiechami.

A ja się czuję tak, jakbym właśnie zdeptała karalucha.

Może…

aż tak wiele nie zmieniło się odkąd jeżdżę na tym wózku?

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Nie jest łatwo prosić o pomoc

Miesiączka, rodzenie, szacunek – krótka historia kobiecości

Ten temat długo dojrzewał w mojej głowie, a zapoczątkował go arcyciekawy wykład o rodzinie prowadzony przez niesamowitą osobę pani Bożeny Keff-Umińskiej – poetki, eseistki i działaczki społecznej. Materiał powstał w oparciu o notatki z wykładu i lekturę książki Elizabeth Badinter „Historia miłości macierzyńskiej” (polecam!). Kończąc wstęp – zapraszam Was w podróż – w samo sedno esencji kobiecości. Tzymajcie się mocno, bo temat wzbudza emocje!

Około 70 tysięcy lat p.n.e.

Panuje wtedy okres polodowcowy. Jest bardzo zimno przez co bardzo trudno zdobyć pożywienie. Ludzie (a raczej hominidy, bo to nie był ten sam homo sapiens co teraz) są bardziej samotnymi łowcami niż istotami społecznymi. Kobiety same wychowują dzieci, ale ze względu na brak pokarmu często porzucają noworodki na pastwę tygrysów szablozębnych i lwów jaskiniowych. Brzmi okrutnie, ale okrutne były także tamte czasy. Jednak ówczesnym niewiastom to również się nie podobało. Nie do końca wiadomo jak – udaje się zorganizować kongres gdzieś na polanie. Kobiety ustalają między sobą że karmienie dzieci, zdobywanie pokarmu i dbanie by do domu nie wdarły się dzikie bestie to trochę za dużo jak na ich możliwości. Postanawiają więc zaangażować w życie rodzinne mężczyzn. Jak? Poprzez bardzo prosty zabieg, który nawet dziś jest jeszcze spotykany. Nie ma mięsa – nie ma seksu. Nie wiadomo jak wszyscy dogadali się między sobą, bo mowy jako takiej jeszcze nie było, ale widocznie dla chcącego nic trudnego. Od tamtego czasu kobiety pilnują ognia, podczas gdy mężczyźni polują na zwierzynę.

Kobiety zrobiły również użytek z miesiączki – te specjalne dni panie zaznaczały poprzez malowanie swych twarzy krwią. Był to wyraźny sygnał dla mężczyzn że czas wyruszyć na łowy. (Podobno stąd wziął się rytuał malowania ciała). Okres był czymś pozytywnym, oznaczał płodność i dostatek, dopiero później sytuacja się odwróciła, ale o tym za chwilę.

Były to złote czasy dla kobiet, w ich rękach spoczywała władza. Jednak do polowań były potrzebne narzędzia, które stawały się coraz doskonalsze. Tak powstała broń i od tego czasu zaczęły się konflikty pomiędzy mężczyznami o władzę, którą ostatecznie przejęli. Przyczynił się do tego jeszcze jeden fakt…

10 000 p.n.e.

Początek rolnictwa wiązał się mocno z własnością. Taką własnością mężczyzny była również kobieta, która w tamtych czasach niewiele znaczyła. Odwróciła się symbolika, bo to mężczyzna był na głównym planie – nawet jeśli chodzi o rodzenie. To on zakładał gospodarstwo, obsiewał pola i to w końcu on dawał nasienie dla nowego ludzkiego życia…

350 p.n.e.

Takie podejście utrwalił Arystoteles. Według niego mężczyzna dawał nasienie, a kobieta była tylko doniczką do rodzenia. Miesiączka przez słynnego filozofa została zinterpretowana zaś w niezwykle kreatywny sposób: kobieta nie ma tak doskonałego układu trawiennego, dlatego co miesiąc musi wydalić resztki. To już całkowicie przeważyło na zmianie podejścia do miesiączki – z celebracji do pogardy.

400 n.e.

Każdy zna świętego Augustyna, ale mało kto wie jak bardzo nie lubił on kobiet. A na ich nieszczęście był osobistością bardzo wpływową. Otóż Augustyn z Hippony założył, że człowiek nie ma nic wspólnego ze zwierzętami, a dusza kontroluje ciało. Według świętego idealnym aktem seksualnym był taki, w którym nie okazywano żadnych emocji. Wpajano więc ludziom że żądze należy poskramiać. Skutek tego był taki, że tłumione emocje i pożądanie do kobiet objawiały się w formie nienawiści i agresji wobec nich. Zresztą kościół otwarcie zachęcał do bicia nieposłusznych żon. Taka sytuacja utrzymywała się bardzo długo, szczególnie wśród niższych warstw społecznych. Do dziś można znaleźć przejawy agresji, której źródło leży właśnie w naukach kościoła.

Wiek XVIII

Rewolucja przemysłowa była nie tylko szansą na rozwój ekonomiczny. Wykorzystały ją również kobiety. Po wielu latach ucisku mężczyzn to była doskonała szansa na uwolnienie się od domowego kieratu i przemocy. Potrzebne były ręce do pracy, więc kobiety bardzo chętnie porzucały obowiązki macierzyńskie by zająć się interesami lub poświęcić nauce czy bywaniu na salonach. To wtedy zrodziła się instytucja mamki – taki odpowiednik dzisiejszej niani w wersji hard. Dziecko tuż po urodzeniu oddawano do kobiety (zazwyczaj z niższej warstwy społecznej), która opiekowała się nim do około 5 roku życia. Po pierwsze było to wygodne, a po drugie modne. Kobiety mocno wtedy wierzyły, że karmienie piersią zabiera urodę. Chętnie więc wydawały swoje pociechy do opiekunek, które potrafiły nie przewijać dzieci po kilka dni i wieszać je na hakach pod sufitem w celu uniknięcia pożarcia przez zbłąkaną w izbie świnię. W takich warunkach śmiertelność dzieci była zatrważająca.  Sytuacji zaczęli przyglądać się urzędnicy, gdyż potrzebni byli ludzie do prac w fabrykach, które w tamtych czasach szerzyły się jak obecnie wycinka drzew w Polsce. Obmyślono więc chytry plan który miał zachęcić kobiety do samodzielnego wychowywania dzieci. Po pierwsze zaczęto chwalić urodę mamek (czyli burzono mit że karmienie piersią odbiera wdzięki). Po drugie wprowadzono wiele instytucji, gdzie propagowano wizerunek matki poświęcającej się dziecku i mężowi. W taką nową rolę obsadzono kobietę. Oczywiście bez pozbawienia jej obowiązku pracy w fabryce czy zakładzie rzemieślniczym swego małżonka. Zrodziła się nowa kobieta u nas znana pod nazwą Matka Polka.

Wiek XIX i XX

Znalazły się jednak takie panie, które nie poddawały się mocnym oddziaływaniom społecznym i walczyły o reformę prawa rodzinnego, prawo wyborcze i ekonomiczne warunki życia kobiet (pierwsza fala feminizmu) oraz kwestie kobiecej seksualności, prawa do aborcji (druga fala feminizmu). I choć ich działania były krytykowane także przez kobiety nie utożsamiające się z feministkami, to właśnie tamtym wojowniczkom zawdzięczamy dzisiejszą sytuację…

DZISIAJ

No cóż… ideałem jest związek partnerski oparty na wspólnym zrozumieniu, równość w wypełnianiu obowiązków domowych, możliwość realizacji aspiracji zawodowych obu stron. Pisałam więcej na ten temat tutaj. Na pewno w mniejszym lub większym stopniu gnieżdżą się w nas przekonania wpajane kobietom w tych wszystkich epokach. Ale jak jest – odpowiedzcie sobie sami. Niby jesteśmy nowocześni, ale wystarczy spojrzeć na przypadek Rupi Kauer – pisarki i performerki, która swoją sesją zdjęciową na zakrwawionym od miesiączki prześcieradle przyprawiała cenzurę Facebooka i Instagrama o zawroty głowy. Zresztą ostatnio wyszła jej wyśmienita książka, która ukazuje esencję kobiecości, porusza tematy o których nikt nie chce mówić, a którą każda kobieta przeczytać powinna:

mleko i miód okładka książki rupi kaur

No cóż – bycie kobietą to skomplikowana sprawa 🙂

 

Książkę możesz kupić tutaj

 

zdjęcie wyróżniające:Elido Turco – Gigi via Foter.com / CC BY-NC-SAElido Turco – Gigi via Foter.com / CC BY-NC-SA

Kuchnia wspólnego związku

Na pewne nieciekawe seminarium musiałam przeczytać pewną ciekawą książkę. „Rodzina partnerska jako relacja współzależnych podmiotów” autorka – Joanna Ostrouch-Kamińska – napisała, że większość osób z którymi rozmawiała podczas pracy nad materiałem przyznała, że „nie była przygotowana do funkcjonowania w codzienności przepracowanej rodziny”. Nie była, bo rozpoczynając wspólne życie, małżonkowie, oprócz wymiany ogólnych wyobrażeń odnośnie do kształtu swojego życia, nie znali swoich nastawień, na przykład do kariery czy dużego zaangażowania czasowego partnera w jego hobby.

Tworząc rodzinę we współczesnych czasach musimy zmierzyć się z wieloma dylematami, które często wiążą się z przedefiniowaniem wyobrażeń na temat związków i rodzicielstwa. Z jednej strony od dziecka jesteśmy bombardowani stereotypowymi wzorcami roli kobiety i mężczyzny, chociażby w wielu bajkach, gdzie występuje motyw księżniczki, której los zostanie odmieniony, jedynie poprzez pojawienie się walecznego księcia. Dalej kultura, szczególnie książki i film promuje miłość romantyczną, gdzie bardzo wyraźnie rysowane są role płciowe kobiety i mężczyzny, a obraz taki zazwyczaj bywa sprzeczny z rzeczywistością. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy dodatkowo nasi rodzice tworzyli związek patriarchalny – ojciec był głową rodziny, a matka zajmowała się głównie dbaniem o dom i opieką nad dziećmi. Pojawia się wewnętrzny konflikt, ponieważ w opozycji do takich schematów w dzisiejszych czasach trendem jest rozwój i indywidualizm. Kobieta osiąga spełnienie nie tylko w roli matki i żony dbającej o ciepło domowego ogniska, ale też w sferach zawodowych. Za tym argumentem stoi chociażby fakt coraz późniejszego decydowania się na założenie rodziny, a tym bardziej posiadanie dzieci. W pierwszej kolejności należy zdobyć wysokie wykształcenie oraz wyrobić sobie pozycję zawodową, która pozwoli na szybki powrót do pracy po urlopie macierzyńskim. Temu zjawisku sprzyja polityka społeczna nastawiona na zwiększanie aktywności zawodowej kobiet – na przykład „Kobiety na politechniki” czy wszelkie programy unijne, których jednym z priorytetów jest wspieranie aktywności zawodowej kobiet. I nie mówimy już tutaj o podjęciu przez kobiety pracy w celu zarobkowym, „podreperowania” budżetu domowego, tylko o świadomej karierze, która bardzo często pochłania dużą część energii i zasobów.

I tutaj zaczyna się wyzwanie, któremu współczesna rodzina musi podołać. Bo ideałem jest związek partnerski oparty na wspólnym zrozumieniu, równość w wypełnianiu obowiązków domowych, możliwość realizacji aspiracji zawodowych obu stron. Kiedy do rodziny dołączy dziecko, poprzeczka się podnosi, bo młodemu człowiekowi należy zapewnić odpowiednie warunki do rozwoju. Celowo użyłam określenia młody człowiek, gdyż wskazane jest aby dziecko traktować jak osobę równą sobie, z poszanowaniem jego zdania i uczuć. Wszystko pięknie brzmi w teorii, ale w praktyce wygląda to tak, że dwie osoby o różnych wzorcach i wyobrażeniach na temat rodziny, muszą stworzyć w miarę stabilny team, potrafiący funkcjonować w społeczeństwie. Jak przedstawiła w swojej pracy Ostrouch-Kamińska, niestety, ta równość w związkach jest bardzo często pozorna. Wciąż w dużej mierze większość obowiązków domowych przypada kobietom, podczas gdy mężczyźni wspierają je tylko w niewielkim stopniu.

Ale uwaga! To wcale nie wynika tylko z męskiego podejścia! Okazuje się, że często to same kobiety nie pozwalają na równy podział ról. Wiele z nich z jednej strony chciałoby sprawiedliwego podziału obowiązków, a z drugiej wolą wypełniać je osobiście, gdyż nie wierzą, że ich partnerzy zrobią coś równie dobrze jak one same. Wystarczy im sam podziw partnera za to jak doskonale sobie radzą oraz okazanie zrozumienia. Do takiego postępowania motywuje je także osiągnięcie pewnego prestiżu społecznego – bycia postrzeganym jako kobieta która realizuje się zawodowo, jest doskonałą matką, a do tego ma zawsze świetną fryzurę, ubiór i paznokcie. Nie dość, że tych ról jest coraz więcej, to zmienił się także model rodziny. Kiedyś w opiece nad dziećmi pomóc mogli dziadkowie, a dziś młode pary mieszkają same, często bardzo daleko od swoich rodziców. Pojawia się więc dylemat, czy wynająć opiekunkę dla dziecka, której de facto trzeba zapłacić? Niektóre kobiety odczuwają duże wyrzuty sumienia, że ich dziećmi opiekuje się ktoś inny. W jakimś stopniu próbują sobie to racjonalizować, uznając że liczy się jakość a nie ilość spędzanego czasu z pociechami. Potrzeby partnera są spychane na niższe szczeble drabiny ważności, a nawet jak pojawi się okazja do spędzenia wieczoru tylko we dwoje, to często występują wyrzuty sumienia i poczucie bycia złą matką. Bo taka kobieta myśli sobie, że ten czas powinna poświęcić dziecku. Kobiety nie mają łatwo!

Dzisiejsze czasy dają nam wolność wyboru, ale co za tym idzie, trzeba samemu ponieść odpowiedzialność za podjęte decyzje. Kiedyś rola kobiety i mężczyzny była dokładniej określona, zawierała się w sztywnych schematach. Każdy wiedział jaką rolę pełni w rodzinie i raczej trzymał się z góry napisanego scenariusza. Dziś wszystko zależy od partnerów – od ich wspólnych decyzji, tego co uzgodnią między sobą, a przede wszystkim wypracują. Jak napisałam wcześniej, dwoje obcych dotąd sobie ludzi spotyka się i konfrontuje, bardzo często różne, swoje własne przekonania, wyobrażenia, ideały. I to od samego początku od obydwu stron zależy, jak będzie wyglądało ich wspólne życie. Nie jest to łatwe w czasach konsumpcjonizmu, gdzie rzeczy, które nie działają, można szybko wymienić na lepsze i sprawniejsze. Związek to nie jest gotowy produkt, a raczej składniki. I choć stereotypowo kuchnia jest domeną kobiet, to smak związkowej potrawy zależy od wspólnej pracy obu stron, tym bardziej że podobno faceci są równie dobrymi kucharzami (a jak sami często twierdzą nawet lepszymi od kobiet). I tego życzę każdej pani – aby partner był równie zaangażowany w kuchnię ich wspólnego związku.

 

zdjęcie wyróżniające: shutterstock.com

Trzy słowa

Są takie dni kiedy budzisz się rano i namiętnie wpatrujesz w sufit.

 

Przeświadczenie, że już dawno powinieneś być na nogach zwiększa beznadzieję którą odczuwasz.

 

Nie chce ci się wstawać do pracy, szkoły.

 

Bo po co, na co.

 

W zasadzie, to czujesz, że nic cię nie cieszy.

 

Zastanawiasz się po co żyjesz, a nawet dlaczego.

 

Zaczynasz odczuwać dziwną niechęć do rzeczy, które kiedyś tak bardzo lubiłeś.

 

Mógłbyś mówić godzinami o tym, jaki perfidny stan właśnie przeżywasz.

 

Potrzebny też raczej nikomu nie jesteś.

 

I wtedy nadchodzi czas na trzy słowa:

 

„Ja pierdolę kurwa”

 

 

 

Później wstajesz, ubierasz się.

 

W łazience nawet nie patrzysz sobie w oczy.

 

Wychodzisz.

 

Idziesz do auta.

 

Słyszysz ptaki, a wiatr smaga cię lekko po policzku.

 

Jacyś ludzie sprzątają trawnik.

 

Wsiadasz, odpalasz silnik.

 

Widzisz nieznajomych ludzi, każdy z nich mający swoją historię.

 

Patrzysz na chmury i słońce, które przez nie przeziera.

 

W radio sączy się przyjemna muzyczka.

 

Zatrzymujesz się na światłach.

 

Jakiś starszy pan w bordowym kapeluszu uśmiecha się do ciebie.

 

„Ja pierdolę kurwa, życie fajne jest”


Trzeba o tym sobie czasami przypomnieć…

 

Sztuka tracenia

Każdy z nas zna ten stan. Kiedy robi coś szalonego, fantastycznego, jedynego… takie momenty napędzają nas do życia. Emocje żyją jeszcze długo po wszystkim. Dla mnie jest to chwila po lądowaniu na paralotni. Kiedy to, co przed chwilą się działo zaczyna wydawać ci się nierzeczywiste.

 

„Wystarczy, że raz doznasz lotu, a będziesz zawsze chodził z oczami zwróconymi w stronę nieba,
gdzie byłeś i gdzie pragniesz powrócić.”
Leonardo Da Vinci

 

 
A samo życie? Wszelkie sprawy są tak bardzo ulotne. Snujemy plany, marzenia, wyznaczamy cele. A nasze istnienie jest takie kruche. Kiedy o tym myślę, jeszcze bardziej doceniam to co mam, a przede wszystkim to, kogo mam obok siebie. I nawet mimo swojej nieuleczalnej choroby uważam się za wielką szczęściarę.
 
Oczywiście mogłabym skupiać się na tym, co z moim życiem jest nie tak. Nawet czasami to robię. Ale wolę uświadamiać sobie, o czym mogę decydować i na co wpływać. Niektórzy nawet takiej możliwości nie mająi! I nie chodzi o to, aby pocieszać się tym „że inni mają gorzej”. Chodzi bardziej o to, aby w swojej obecnej życiowej sytuacji dostrzegać te z pozoru niezauważalne kwestie, które nadają sens twojemu byciu. W takiej sytuacji i w takim miejscu w jakim właśnie teraz jesteś.
 
Ludzie robią się zgorzkniali, bo nie dostrzegają tych niuansów. I gorzknieją jeszcze bardziej kiedy okazuje się, że nie zrobili czegoś a jest już za późno. Chciałabym żeby prawdziwe było stwierdzenie, że nigdy nie jest za późno. Ale czasami jest. Bo coś lub ktoś odchodzi bezpowrotnie.  
 
Być może kiedyś choroba nie pozwoli mi na to bym dalej mogła latać. Ale nic i nikt nie zabierze mi tego, że byłam tam w chmurach całkiem sama i pociągając za linki kierowałam swoim życiem najpiękniej jak mogłam w tamtej chwili.
 
Da Vinci powiedział, że jeśli raz doznasz lotu zawsze będziesz chciał powrócić w niebo. Chciał. Nie zawsze będziesz mógł. Dlatego póki możesz powracaj tam jak najczęściej…

 

fot.Ewelina Perełkiewicz

 

 

Czarna magia świąt

Święta to dla wielu osób okres bardzo stresujący. Często, zamiast radości i rodzinnej atmosfery czujemy frustrację i zmęczenie. Mało tego. Bywa i tak, że bożonarodzeniowe spotkania są dla nas przymusem.

Pod koniec roku jesteśmy przeciążeni – pracą, całorocznymi wydarzeniami, niefajną aurą pogodową. Przygotowania do świąt wymagają od nas dodatkowych nakładów energii.

 

Zawsze zastanawiałam się nad tą przedświąteczną pogonią. Każdy z nas wie jak to jest… najpierw solidne zakupy, dźwiganie tych cięzkich toreb, ciągle myślenie co jeszcze potrzeba… W międzyczasie kalkulowanie wydatków, zastanawianie się co kupić bliskim na prezent. I te myśli jak będzie w tym roku… bo coś tam w rodzinie nie gra. Porządki, zakupy… O jeszcze choinkę trzeba kupić. Pierogi ulepić. Nagle okazuje się, że czegoś nie ma – kolejna wyprawa do sklepu. I takie koło aktywności wciąż się kręci… Jeszcze karp! Szybko, bo w tamtym roku wykupili wszystkie i był sum zamiast karpia. I już w sam dzień wigilijny od samego rana pęd jeszcze większy… No bo tyle do zrobienia. Powoli zaczynasz czuć ten klimat. Lekkie poddenerwowanie i towarzysząca mu jakaś podniosłość. Stół już prawie nakryty. O nie! Kolejny stres… Sianka pod obrus nie ma… Dobrze, ża masz szynszyla i zgodnie z świątecznym przekazem dzieli się z tobą odrobiną suszonych ziółek.

 

I chwila najważniejsza… Wszyscy gromadzą się wokół stołu. Twoi bliscy… Na stole leży opłatek. To ten moment dla którego było to wszystko. Choć dla niektórych, to tylko już ostatni etap, aby w końcu skosztować pyszności, które leżą na stole. Podchodzisz do swoich bliskich, patrzysz im w oczy. Wyznajecie sobie to, co jest dla was najistotniejsze i najważniejsze. Dzielicie się tym co najlepsze… Dziękujecie i jesteście wdzięczni…

 

Często jednak prawda jest taka, że patrzycie sobie w oczy i czujecie się zmieszani. Bo w zasadzie, to nie pamiętacie, kiedy sobie w te oczy patrzyliście. I jakieś takie obce wam się one wydają. Czego sobie można życzyć? Bo albo mówimy sobie o tym na co dzień, albo w zasadzie powtarzamy automatycznie „zdrowia, miłości i pieniędzy”. I kiedy już tak z wszystkimi sprawę zakończycie możecie w końcu odetchnąć z ulgą i zacząć jeść wigilijny barszcz, czy tam pierogi.

 

Dlaczego święta budzą w nas dwuznaczne uczucia?

Dzieje się tak, ponieważ czekamy na święta, bo założyliśmy sobie, że to będzie idealny czas na odbudowanie więzi z bliskimi. Na poświęcenie czasu dziecku, które zaniedbywaliśmy cały rok. Na okazanie uczuć żonie z której zdaniem nie liczyliśmy się podczas podejmowanie ważnych decyzji. Wydaje nam się, że w ciągu jednego wydarzenia rozwiążemy wszystkie nasze problemy. Czasami nawet mamy nadzieję, że sam fakt, że ono nastąpi sprawi, że wszystko się naprawi. Bo przecież święta są takie prorodzinne, więc sam świąteczny klimat sprawi, że znowu staniemy się wzorcową rodziną i nasze więzi odżyją.

 

Jak jeden dzień może zmienić cały rok pracy? Z drugiej strony ktoś mógłby powiedzieć, że czasami jeden dzień może zmienić wszystko.

 

Jest w tym trochę prawdy. Magia świąt – nie bez powodu istnieje taki termin. Chodzi o to, że przed świętami ogarnia nas wszystkich przyjemne podniecenie, namiastka szczęścia i tacy jacyś łagodni bardziej jesteśmy. To takie modelowanie – udziela nam się nastrój innych ludzi – lampki w gablotach sklepowych, świąteczne melodyjki emitowane w każdym radio, śnieg który kojarzy nam się z beztroskim dzieciństwem i jazdą na sankach – to wszystko wpływa na nas pozytywnie.

 

Sytuacja kiedy małe dziecko zaczyna płakać, bo widzi inne płaczące odnosi się wtedy też do nas – emocje innych przechodzą na nas samych, a emocje przed świętami – trzeba przyznać – są bardziej pozytywne niż w innym czasie. I właśnie tacy pozytywnie nastrojeni zasiadamy do wigilijnych stołów pełni nadziei, że nasze życie rodzinne i osobiste ulegnie poprawie właśnie dzięki tym świętom.

 

I czasem faktycznie tak się dzieje. Klimat świąteczny udziela się przecież naszym bliskim. Zaniedbywana żona przychylniej patrzy na swojego męża, dostrzega więcej pozytywnych cech w nim samym. Dzieciom też wydaje się on być bardziej tatusiowy – no bo przecież jest, kupił prezenty i w końcu poświęcił im kilka chwil uwagi. Magia świąt działa.



Odpowiedzmy sobie jednak na jedno pytanie. Po świętach wraca codzienność a wraz z nią wszystkie niewygodne myśli, niespełnione potrzeby i pragnienia. Chwilowe fałszywe poczucie poprawy sytuacji znika z naszej świadomości zostawiając jeszcze większą frustrację w nas samych. Co wtedy robić? Czekać na kolejną magię świąt?

Twój przymus

Od kilku dni mój blog i fanpage nie były aktualizowane.
Nie publikowałam na nich żadnych treści. Dzisiaj postanowiłam coś na nich zamieścić.
Próbowałam wymyślić coś na siłę.
I wiecie co?
Nie mam weny!
Zdałam sobie z tego sprawę i już się z tym źle nie czuję.
Zbieram myśli, relaksuję się, oddaję temu co lubię najbardziej (hrhr)

Myślę, że zaowocuje to niedługo fajnym tekstem.

Mamy prawo do słabości, mamy prawo do mniejszej wydajności. Najgorzej jest robić coś na siłę i czuć, że robi się coś ponad swoje aktualne możliwości. Czasami warto być pobłażliwym dla siebie.

Była sobie pewna kobieta. W każdą niedzielę piekła ciasto czekoladowe dla swojego męża. Sprawiało jej radość to, jak ze smakiem się nim zajadał. Pewnej niedzieli jednak czuła, że wolałaby robić coś całkiem innego, a pieczenie jest ponad jej siły. Wiedziała jednak, że on na nie czeka. Zmusiła się, aby je upiec. Robiąc to, nie była zbyt zadowolona, bo to nie był jej dzień na grzanie piekarnika. Jak się pewnie domyślacie nie wyszło jej ono takie pyszne jak zawsze. I od tamtego dnia pieczenie ciasta nie sprawiało jej już takiej radości.

Na miejscu tej kobiety porozmawiałabym z mężem i poszła na jakieś fajne ciacho do cukierni. Myślę, że zrozumiałby.
Sami czasami wywieramy na sobie poczucie przymusu robienia czegoś, bo myślimy, że inni tego od nas wymagają.

Nie wiem co myślicie, ale tekstu dzisiaj nie będzie, nie mam weny.
Mam za to dla was propozycję – odpuśćcie sobie czasami i oddajcie się chwilom tylko dla siebie!

Spojrzenia

Czasami nie potrzeba tysiąca słów. Czasami wystarczy jedno spojrzenie.

Była sroga zima. Wychodziliśmy z centrum handlowego i wtedy ona nas zaczepiła. Padał śnieg, było bardzo zimno. Poprosiła o kilka złotych na bułkę dla dziecka. Ukradkiem obcięłam ją wzrokiem i odpowiedziałam, że nie mam gotówki, bo używam karty kredytowej. Grzecznie przeprosiła i odeszła. Zaczęliśmy pakować do auta zakupy. Kilka nowych ciuchów, wiśnie w czekoladzie i pistacje, które tak uwielbiam. Odpalił auto, a ja jak najprędzej rozkręciłam ogrzewanie na maksa, żeby poczuć się w końcu komfortowo. Ruszyliśmy, a ja zaczęłam szukać w torbach wisienek. Słodkie bułki, ser, banany, jogurty… Przekopywałam się przez stertę zakupów. I nagle zobaczyłam jej oczy. Wyraz jej spojrzenia wrócił do mnie.
– Zawracaj.
– Co?
– Zawracaj. Oddamy zakupy tej pani.
– Julka…
– Zawróć proszę.
Parking – prawie pusty – był cały zaśnieżony, było już ciemno. Słyszałam cichą pracę silnika i podmuch ciepłego powietrza przerywane przez ruch wycieraczek na szybie.
– Nie widzę jej…
– Objedź w kółko.
Zniknęła.
Pozostał mi po niej wyraz oczu proszących o bułkę dla dziecka.
Byłam tak zaabsorbowana swoim komfortem – tym, że było mi zimno i chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu – że nie zauważyłam, że ta kobieta naprawdę potrzebowała mojej pomocy.
Do dziś pamiętam opatuloną twarz i te blado niebieskie oczy.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy w życiu nie potrafiłam zjeść moich ulubionych wiśni w czekoladzie.

Wracałam z uczelni. Zaparkowałam auto przed moim ulubionym sklepem spożywczym, aby zrobić codzienne zakupy. Ulubiony, bo mogłam zaparkować przy samych drzwiach, skąd bez obaw wystarczyło kilka kroków aby wejść do środka. Kawałek dalej był punkt ksero. Oceniłam stan chodnika na równy, więc postanowiłam pójść i tam, żeby wydrukować sprawozdanie z zajęć. Przeszłam kawałek i straciłam równowagę. Upadłam. Za krótką chwilę zatrzymała się przy mnie dziewczyna na rowerze i zapytała czy może mi jakoś pomóc.
– Tak. Trzeba mnie podnieść na proste nogi. Ale sama pani nie da rady.
– To zaczekam z panią chwilę.
Odstawiła rower i usiadła przy mnie na chodniku.
Siedziałyśmy tak sobie w centrum Łodzi razem na chodniku.
Próbowałam wytłumaczyć jej, że mam problemy. Że choruję, że chodzę, ale jak stracę równowagę, to już sama tak w terenie się nie pozbieram. Jednak łzy cisnęły mi się do oczu i nie potrafiłam nic powiedzieć. Spojrzałyśmy tylko na siebie, a ona uśmiechnęła się i złapała moją dłoń w swoją. Nie pamiętam jaki kolor miały jej oczy, ale pamiętam ile siły dały mi w tamtej sytuacji.
– O tramwaj przyjechał. Idą jacyś panowie. Jest dobrze.

Czułam, że wszystko mi się wali. Pierwszy raz nie zaliczyłam sesji w terminie, ledwo wyszłam ze szpitala ze złamanym nosem. Tyle osób było dookoła mnie, a ja bez przerwy czułam, że jestem sama. Zamykałam drzwi swojego własnego jednopokojowego mieszkania i nawet jak ktoś pukał, to udawałam, że mnie nie ma. Wstać po to, by coś zjeść i dalej iść spać. Nie pamiętam ile to trwało.
Aż ją zobaczyłam. W łazience na wprost mnie. Odbijała się w lustrze. I jej oczy – lekko smutne z ledwo zauważalnym odbiciem światła. Czarne, a może jasno brązowe. To było dziwne, ale zapytałam się jej czemu jest taka smutna. Nie potrafiła odpowiedzieć. Wpatrywałam się w nią dobrą godzinę, może nawet dłużej. Aż przyznała, że właśnie zrozumiała, że już bardzo dawno nie była w swoim domu, gdzie czekają na nią osoby z którymi chce się dzielić wszystkim. Obiecałam jej, że niebawem tam będzie. Zaświeciły się jak pochodnie.

Ile czasu jedzie winda z czwartego piętra na parter? To chyba zależy od windy. Jego oczy wpatrzone w moje wpatrzone w Jego oczy. Odkąd ruszyła i dopóki się nie zatrzymała. Gdzieś wszystko zniknęło poza tą windą. Windy też chyba nie było. Tylko te spojrzenia i ich odbicia. O nic nie proszące i nic nie obiecujące. Dające coś czego nie da się określić jednoznacznie. A później ta nieodparta chęć ciągłej jazdy windą…

Gdyby nie te spojrzenia – nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Nie byłabym taka jaka jestem. Czasem przypadkowe, z pozoru nic nie znaczące, a jednak wzbogacające osobowość w najbardziej finezyjny sposób.

W rozmowach często odwracamy wzrok. Bojąc się, że ktoś może zobaczyć zbyt wiele. Nie obawiajmy się patrzeć w oczy innych, mają nam tyle do zaoferowania!