Czy warto było jechać na drugi koniec świata?

Gdyby nasi obecnie rządzący widzieli całkowite zaćmienie Słońca to może cenne drzewa dalej produkowałyby dla nas tlen… To zjawisko uczy pokory – do siebie, innych, przyrody i świata.
Dziś mija dokładnie rok kiedy oglądałam całkowite zaćmienie Słońca. Ten fenomen na stałe odmienił moje życie i spojrzenie na świat. Ale zacznijmy od początku…

O co w ogóle chodzi z tym zaćmieniem?

Kiedy księżyc i planeta ustawią się w linii prostej do gwiazdy, jej światło zostaje przesłonięte i mieszkańcy planety mogą rozkoszować się zjawiskowym widokiem lub wykorzystywać je do manipulacji prostym ludem (jak na przykład Egipcjanie którzy podporządkowywali sobie ludzi, mówiąc im że bogowie zabrali Słońce za ich nieposłuszeństwo).

Planeta, gwiazda i księżyc – przepis wydaje się być prosty. Jak to więc możliwe, że Ziemia jest jedyną spośród wszystkich znanych planet w kosmosie na której występuje to zjawisko w takiej formie? Jowisz ma ponad 60 księżyców (!) a takie rzeczy jak u nas nie mają tam miejsca.

Okazuje się, że jest wiele warunków zapisanych w tej kosmicznej umowie drobnym druczkiem:

Księżyc w kształcie kuli (Wokół Marsa krążą Deimos i Fobos – księżyce o nieregularnym kształcie, które nie zakryją kulistej gwiazdy. Okazuje się że nie wszystkie księżyce są tak kuliste jak nasz)
Orbity księżyca muszą mieć odpowiedni kształt i usytuowanie, tak aby przecinały linię gwiazda-planeta (to tak jak z ludźmi – jest nas 7 miliardów i nie każdy z każdym się spotka, chyba że gdzieś ich życiowe drogi się przetną). Mamy to!
Odpowiednie rozmiary w odpowiedniej od siebie odległości – wielkość księżyca musi być dopasowana do odległości jakie dzielą go od gwiazdy i planety. Łatwiej pokazać to graficznie:

 

screenshot
(fot. Mathworks.com)

 

Powyższa symulacja przedstawia realne wielkości Ziemi, Księżyca i Słońca (tak, ta mała szara kropka na lewo od Ziemi to nasz Księżyc). Jak to możliwe że ta drobinka jest w stanie przesłonić tak gigantyczną gwiazdę?

 

1
(fot. Youtube)

 

Tadaaam! Sekret tkwi w odległości. Srebrny satelita, choć niepozornie maleńki, jest na tyle blisko Ziemi i na tyle daleko od Słońca żeby skutecznie zablokować promienie świetlne. Zjawisko można zaobserwować na… około 1% powierzchni naszej planety.

Dlatego właśnie pojechaliśmy do Indonezji (o czym krótko pisałam tutaj). Bo zaćmienie nie dość że występuję bardzo rzadko, to jeszcze tylko w ściśle określonych miejscach.

 

Takim oto sposobem 9 marca 2016 znaleźliśmy się na indonezyjskiej wyspie Sulawesi, centralnie na równiku, gdzie spaliśmy w namiocie.
DSC08770

Było survivalowo – w ponad 30 stopniowym tropikalnym klimacie, bez dostępu do łazienki, w miejscu świętym dla tamtejszych plemion – na pradawnym cmentarzu.

 

 

P1090508
Gdzie w tle jawiły się wulkany.

 

P1090532
A to nasza ekipa w komplecie gotowa na kosmiczne show.

 

 

DSC08951
Trudno to opisać, ale…

 

 

DSC08946


DSC08948-

W trakcie dnia nastaje noc, a na niebie widać czarną dziurę. Cały horyzont robi się czerwony, na niebie pojawiają się gwiazdy. Z psychologicznego punktu widzenia konstrukty i wiedza o dotychczasowym świecie jakie mamy w swoim umyśle upadają – od dziecka bowiem każdego dnia nasz mózg rejestruje, że jest dzień i noc, a podczas zaćmienia zostaje to zaburzone. W perspektywie dłuższego czasu zmienia się nasze myślenie o całym świecie i istnieniu. Każdy kto choć raz zobaczył zaćmienie przyznaje, że zachęca go to do przemyśleń nad swoim życiem, jego sensem. Jesteśmy szczęściarzami na skalę kosmosu – Jowisz ma prawie 70 księżyców, ale tam zaćmienie nie jest możliwe. W skali wszechświata taki układ można porównać do najbardziej zaawansowanego projektu stworzonego przez najlepszych inżynierów. Jedni nazywają to niezwykłym zbiegiem okoliczności, a inni dziełem boskim. Niech każdy odpowie sobie sam jak to postrzega.

Dla mnie była to ogromna lekcja pokory – jak mali jesteśmy w tym całym wszechświecie.

Koniecznie obejrzyjcie ten film:


Wracając do pytania czy warto było jechać na drugi koniec świata? Po stokroć tak! Mówią że to nie cel, ale droga do celu jest ważna. W tym przypadku cel przerósł wszelkie oczekiwania, a poprzedzające go trzy tygodnie jakie spędziliśmy na innych wyspach Indonezji były przygodą życia. Zobaczyć kolejne zaćmienie – to cel dla którego warto się starać.

Podróż to portal

 

Są takie decyzje w życiu które podejmujesz bez chwili zastanowienia.

Nie kalkulujesz ani nie rozważasz mocnych i słabych stron.

Po prostu… decydujesz się.

Dopiero z upływem czasu zaczyna docierać do ciebie na co w zasadzie się porywasz.

I nawet jeśli wydaje ci się to szalone, trudne, kosztowne to dążysz do tego.

Bo najzwyczajniej w świecie czujesz, że tak chcesz. Czytaj dalej Podróż to portal

Konkurs – wygraj Jedyny Taki kalendarz

Święta i Nowy Rok, to czas kiedy większość z nas zwalnia tempo życia, zastanawia się nad swoim dotychczasowym życiem i planuje co zrobi, zmieni i osiągnie w przyszłym roku.

Nowy Rok to doskonały czas do tego, aby coś zmienić. Nie bez powodu właśnie wtedy podejmujemy postanowienia. Zostawiamy Stary Rok a z nim chcielibyśmy porzucić złe nawyki, destrukcyjne myśli, niechciane uczucia. Dla wielu Nowy Rok jest symbolem szansy na odmianę dotychczasowego życia.

Według mnie każdy dzień jest dobry, aby wprowadzać nowe postanowienia, plany i cele w swoją codzienność. Tak naprawdę Nowy Rok jest dobrym motywatorem do tego, aby to zrobić.

Chcę Was zachęcić do tego, abyście tworzyli plany i cele, które spowodują, że Wasze marzenia się spełnią. Aby Was do tego zachęcić zapraszam do udziału w konkursie – wystarczy podzielić się swoim marzeniem. Osoby, które będą mieć te najbardziej ujmujące zostaną nagrodzone kalendarzami na 2016 rok, które dostałam od Fundacji Jedyna Taka.

Konkurs odbywa się na Facebooku na Juliczy.

Weź udział w konkursie!

 

Tak na marginesie, to wpisy na blogu nie są umieszczane każdego dnia, krótkie informacje i dawkę dobrej energii znajdziecie właśnie na facebookowej Juliczy – gdzie serdecznie Was zapraszam!

 

🌟🌟🌟 WYNIKI KONKURSU 🌟🌟🌟
Kalendarze na 2016 rok wygrywa:
Kasia Bogacka – za pozytywne planowanie, ale również docenianie tego co już było
oraz
Natalia Szostek – za przekonanie, że jeśli zadbamy o najważniejsze osoby i sprawy w naszym życiu, cała reszta ułoży się tak jak trzeba.

Serdecznie gratuluję i wszystkim życzę, aby Wasze noworoczne marzenia się ziściły!

 

Top 10 prezentów bez względu na płeć i gusta

Czyli co podarować na święta zamiast swetra z reniferem?

Nie wiesz czym obdarować swoich bliskich?

Oto lista najbardziej topowych upominków tego roku!

 

 1. Powerbank

aaa

Gadżet który podbija polski rynek. Inaczej bank energii albo przenośna bateria. Można zabrać ją ze sobą wszędzie i naładować telefon, aparat, tablet w każdej chwili. Dobry powerbank starcza na około 3 pełne ładowania smartfona.

 

Volta-High-Capacity-Portable-Power-Bank

 

Koszt 50-150 zł

 

2. Kostka neodymowa

 

sdasad

 

To nie są zwykłe metalowe kulki. Antystresowe, rozwijające kreatywność wkrecają każdego! Bawią się nimi dzieci i dorośli. Zobaczcie jakie cuda można z nich stworzyć:

 

 

 

cubo-com-216-esferas-magneticas-de-im-neodimio-neocube-3mm-654301-MLB20323453995_062015-O

 

A jeśli nie jest się na tyle cierpliwym by tworzyć skomplikowane struktury, można używać ich na inne sposoby. Jakie – to już zależy od waszej wyobraźni!

Koszt 40-60 zł

 

3. Kubek termos

laplaya-kubek-termiczny-dfd-044l

 

Przydatny w podróży, drodze do pracy, na uczelnię. Idealny dla zabieganych. Zapewni ciepłą kawę, herbatę, grzańca przez dobrych kilka godzin.

 

Koszt 30-100 zł

 

4. Metalowe lub kamienne kostki do napojów

 

kamienne-kostki-do-drinkow-9-szt-b-iext26194104

Idealne do chłodzenia napojów, nie tylko wyskokowych. Zdecydowanie dłużej chłodzą niż tradycyjne kostki lodu. Do tego cieszą oko ciekawym designem.

 

 

Metalowe_kostki_do_drinkow_[1037]_1200

 

Koszt 50-100 zł

 

5. Głośnik bluetooth

fea_01-02

Łączy się z telefonem, tabletem i tworzy przenośne centrum muzyczne. Idealny na wycieczkę, biwak. Ze względu na niewielkie rozmiary mieści się do plecaka i torebki. Można rozkręcić nim nawet małą imprezkę.

 

Koszt 100-800 zł

 

6. Lampa lawa

 

magmawciemnosci

 

Pasuje do każdego wnętrza, idealna alternatywa dla akwarium z rybkami. Stopniowo rozgrzewająca się masa w lampie hipnotyzuje każdego. Niezawodny antystresant.

 

stm505b4768a527620120920

 

Koszt 150-300 zł

 

7. Ballantines

61003_L

 

Dobry prezent dla każdego. Nawet, jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tego trunku, zostanie posiadaczem suweniru który można podać dalej.

 

Koszt 40-60 zł

 

8. Scyzoryk multitool

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Przydatny dla mężczyzn jak i kobiet. Mały i podręczny. Ważne, aby nie miał zbyt wielu narzędzi, ale by wyposażony był w te praktyczne – nóż, korkociąg, szpikulec, nożyczki, piłę.

 

Koszt 50-300 zł

 

9. Skarpetki

 125b_marvel_superhero_crew_socks_2pack

 

Rzecz niezbędna dla wszystkich. Jak każdy wie, lubią ginąć w pralce, dlatego dodatkowych par skarpet nigdy za wiele.

 

Koszt 10-40 zł

 

10. Bon karta

wygraj-bon-do-perfumerii-sephora-o-wartosci-500zl-2_330x248_1

 

Rozwiązanie najmniej kreatywne, lecz najbardziej praktyczne. Możesz podarować bon na daną sumę do praktycznie każdej sieciówki – na kosmetyki, ubrania, sprzęt elektroniczny, akcesoria do domu.

 

Koszt – dowolny

 

Jedna sprawa jeszcze!

Polecam artykuł „Kupuj doświadczenia, nie rzeczy”. Możecie przeczytać go tutaj.

Pamiętajmy, że to momenty, a nie przedmioty dają nam szczęście. Żaden wypasiony gadżet nie zastąpi czasu jaki możemy poświęcić dla drugiej osoby. Oczywiście możesz kupić babci perfumy za 300 zł, ale możesz też ją zabrać na kawę i ciasto, by w spokoju poopowiadać co u ciebie. Jak myślisz – z czego bardziej się ucieszy?

 

Latam!

Wrześniowa pogoda nie jest pewna. Ale zapewniła 5 dni z idealnymi warunkami pogodowymi do latania. Akurat wtedy, kiedy mieliśmy termin na dolatywanie kursu paralotniowego. Inaczej być nie mogło – musiało się udać.

Ale zacznijmy od początku, bo pewnie wiele z Was jeszcze się zastanawia o co chodzi z tym moim lataniem. Chyba nawet nigdy o tym nie marzyłam, bo gdzieś podświadomie byłam pewna, że nie jest to możliwe. Aż któregoś dnia gdzieś w internecie znalazłam informację, że robią dla kulawych pierwszy w Polsce kurs latania. Do wyboru były szybowce albo paralotnie – zaznaczyłam obie opcje. Wiedziałam, że chcę latać – nie bardzo wiedziałam na czym. Zgłoszenie zostało wysłane i po jakimś czasie zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną do Konina. Kurs organizowała fundacja Podaj Dalej i tam odbywał się przesiew pretendentów – na jedno miejsce było 8 chętnych osób. Lekko zestresowana, nieco podekscytowana zasiadłam przed nieznanymi mi jeszcze wtedy panami – wiceprezesem fundacji Karolem Włodarczykiem oraz jedynym (póki co 😛 ) polskim pilotem paralotni na wózku – Jędrzejem Jaxa-Rożen. Oceniali moją determinację w tym jak bardzo chcę latać oraz fizyczne możliwości potrzebne do latania. Determinacja była ogromna – gdy tylko dowiedziałam się, że jest szansa aby wzbijać się w przestworza chciałam tego najbardziej ze wszystkiego. Ale jak to z zanikami bywa byłam świadoma tego, że nie mam pełnej siły w rękach. Kazali czekać. Po kilku dniach zadzwonił telefon, a ja miałam do wyboru 3 terminy w których mogę odbyć szkolenie latania na paralotni.
Czułam szczęście, euforię, strach przed nieznanym i ekscytację, że będę robić coś o czym większość tylko marzy. Chyba… Bo ostatecznie miało się to okazać podczas kursu.

Ruszyłam w drogę. Ku nieznanej przygodzie. Nie znałam miejsca, nie znałam ludzi, wiedziałam tylko tyle, że będę uczyć się latać. Że będę latać!

9a
Miejsce zakwaterowania urocze, sam Konin też. Ludzie byli nieznani, ale wystarczyło kilka spojrzeń w oczy, żeby wiedzieć że wszyscy są „nasi”.
Nie od razu wypuścili nas w powietrze. Paweł – nasz instruktor prowadził wykłady podczas których dowiadywaliśmy się, że z 300 m można wykręcić się na 2000 m. Mówił nam jak działa skrzydło i o całej masie innych ważnych rzeczy niezbędnych do prawidłowego latania. Wiecie, że aby złapać komin, czyli wykręcić się do góry (bo paralotnia lata bez silnika i ma tendencję do opadania) należy szukać powietrznych prądów wznoszących. Można wtedy patrzeć na ptaki. One właśnie wykorzystują kominy, aby szybując wzbijać się do góry.

 

9b

 

Specjalnie dla nas zmontowano wózki pod które można było podpiąć uprząż i skrzydło. Wszystko działało dzięki „Koniom” – wolontariuszom, którzy napędzali nas po to abyśmy mogli bezpiecznie na ziemi trenować sterowanie glajtem (z ang. paragliding- paralotniarstwo).

 

9c

 

9d

 

 

Nie zawsze wychodziło – kiedy zawiał boczny wiatr, bądź nieumiejętnie wysterowaliśmy skrzydło działy się rzeczy straszne…

 

9e

 

A raczej strasznie to wyglądało – kask chronił głowę, a wózek amortyzował upadki. Na początku słabo to wychodziło, ale każdy raz dawał coraz większego kopa i satysfakcję. I przybliżał do celu – samodzielnego lotu.
Te wszystkie upadki, wspólne przeżycia, pokonywanie własnych ograniczeń i przełamywanie się sprawiało, że stawaliśmy się zgraną i zżytą paczką. A wieczorami rozmawialiśmy już tylko o lataniu. No może prawie tylko 🙂

 

9g

 

W międzyczasie każdy z nas zrobił lot w tandemie, aby poczuć przedsmak tego co nas czeka, gdy już sami będziemy latać. Ale ja wiedziałam i czułam, że dużo fajniejsze jest sterowanie skrzydłem choćby z ziemi niż bierne siedzenie na wysokości. A u góry widoki były zachwycające i zachęcające. Zaskoczył mnie spokój jaki tam panuje. Kompletne oderwanie się od tego co dzieje się na dole. Siedzisz sobie w uprzęży i lecisz czując jak wiatr lekko pieści cię po twarzy i słyszysz szelest linek.

 

9h

 

Nadeszła w końcu chwila, kiedy po raz pierwszy zaistniała szansa na samodzielne wzbicie się do góry – hol na dłuższej linie. Było dla mnie oczywiste, że chcę spróbować jako pierwsza. „Konie” ruszyły, a ja poleciałam do góry! Doznałam szoku, nie wiedziałam co się dzieje. W głowie miałam tylko myśl, że lecę. Nie słyszałam komend, które Paweł mówił do mnie przez radio.

 

9i
Jak szybko poleciałam tak szybko opadłam na dół. Jeden z wózków przeszedł do historii, a na moich kolanach do dziś są blizny po tamtym lądowaniu.

 

9j
Była to dla mnie i innych lekcja, że latanie to nie tylko przyjemność. Wymaga ono trzeźwości umysłu, spokoju i myślenia. A najgorsze było to, że pogoda nie pozwoliła na kolejne próby latania ani mi, ani innym. Był to jedyny lot w tamtym dniu. Zresztą ostatnim dniu szkolenia. Na każde następne wszyscy musieliśmy czekać 2 miesiące.

Wrażenia po pierwszym kursie możecie poznać tutaj – było we mnie wtedy tyle emocji, że nie potrafiłam rzeczowo pisać o lataniu.

Ziarno niepewności zostało zasiane w mojej głowie. Ciągle myślałam, co było nie tak. Tysiąc razy analizowałam tamtą sytuację i zastanawiałam się, czy to był błąd techniczny, czy zabrakło mi sił i jednak nie będę mogła latać… całe dwa miesiące takich wątpliwości. Gdybym tylko mogła od razu próbowałabym dalej, ale musieliśmy czekać… Każdego dnia patrząc w niebo… Bo jak raz polecisz to już nigdy nie będziesz patrzeć na chmury tak jak dawniej…

 

1 (3)

I nadszedł ten dzień, kiedy znowu znalazłam się na lotnisku w Koninie. Skrzydło i reszta sprzętu już czekała, trzeba było tylko wsiadać i robić swoje. Uwielbiam takie sytuacje – wózek zostaje gdzieś z boku i nie jest ci potrzebny.

 

9k

 

Pierwszy raz był najgorszy, bo musiałam przełamać swoje obawy. Powiedziałam do Pawła, że się boję – stuknął dłonią w mój kask i powiedział żebym słuchała jego poleceń. Wzbiłam się do góry, wysterowałam i wylądowałam na czterech kołach!

 

50

 

Takie niskie holiki na linie robiliśmy kilka dni, aby upewnić się, że wszystko pamiętamy. Bywały też wywrotki, ale wszystkie kontrolowane 🙂
Lęki gdzieś tam minęły i zaczęła się zabawa.

9f

 

9m
I wtedy przyszedł zachodni wiatr. A to oznaczało, że są warunki do tego aby zacząć się holować na linie na wysokość 300 metrów, odpinać się z niej i latać już tak naprawdę… Chyba wszyscy się baliśmy…

 

9n

 

Poczucie tego, że za chwilę wzbijesz się do góry i wszystko będziesz mieć we własnych rękach. I to dosłownie… Siedziałam w wózku poprzypinana w uprząż. W dłoniach zaciskałam sterówki, przed sobą widziałam linę wyciągarki, która miała nadać mi prędkość do uniesienia.

 

9o
Powiedziałam do Pawła, że się boję… Odpowiedział, że nic na siłę. Ale wtedy przypomniałam sobie, że to on wtedy pozwolił mi pierwszej lecieć. Jest doskonałym instruktorem i gdyby miał wątpliwości, to nie puściłby mnie w powietrze… I pomyślałam, że on przecież cały czas jest.. wydaje komendy i pilnuje wyciągarki… Szybka decyzja – lecę.

 

9p

 

-wyciągarka napnij linę
-wyciągarka gotowa
-pilot gotów?
-…
-…
-GOTÓW!!!
-jazda jazda jazda

Lina ruszyła, a za nią ja. Zanim się zorientowałam byłam już wysoko. Spokojnymi ruchami zaciągałam lewą lub prawą sterówkę, aby wyrównać kierunek. Paweł spokojnym głosem mówił co mam robić. Nagle poczułam luz na linie. To był ten moment. kiedy miałam pociągnąć za wyczep i wypiąć linę. Bałam się, że później nie złapię sterówki, bo należało ją puścić aby sięgnąć wyczep. Ale już nie było odwrotu. Odczepiłam się od liny. Okazało się to proste i wykonalne.

 

9r

 

Rozejrzałam się dookoła. Siedziałam wygodnie w uprzęży i chłonęłam to co się działo. Widoki, szum powietrza i… poczucie bezpieczeństwa! Czułam się tam tak komfortowo i stabilnie. Nie było górek, schodów, krzeseł z których trzeba się podnosić. Leciałam tam gdzie nakazywałam skrzydłu. Wolność.

 

9s

 

9t

 

Nagle otrzeźwiałam i skupiłam się na tym, że za chwilę będę lądować. Paweł nawigował mnie z dołu. Ustawiłam się pod wiatr i cała i zdrowa wróciłam na ziemię. Wszelkie obawy zniknęły. A w głowie miałam tylko jedną myśl: „chcę znowu do góry!”

 

9u
Na następny dzień zrobiliśmy jeszcze po 2 hole. Za każdym razem było piękniej i lepiej.

Radości jaka panuje po wylądowaniu nie da się opisać. Może uda się Wam ją ujrzeć na poniższych fotach, ale… aby przekonać się jak jest naprawdę musicie odwiedzić mnie kiedyś na lotnisku!

IMG_1753

 

Nie rezygnuj ze swoich marzeń, tylko dlatego, że wydają ci się niemożliwe do zrealizowania!!!

Jestem tak słaba, że poruszam się na wózku. Latam w przestworzach. Może muszę podnosić kubek z kawą obiema rękoma, ale… linki zaciągam tak jak trzeba. Zresztą.. w powietrzu też mam swoje patenty 😉 Do państwowego egzaminu na pilota potrzeba jeszcze 27 samodzielnych lotów… a później… Sami zobaczycie!!!

 

 

I takie piękne widoczki można złapać w locie:

 

koniec (1)

koniec (2)

koniec (3)

koniec (4)

koniec (5)

 

A po więcej zapraszam tutaj 🙂

Autorzy zdjęć: Zuzanna Janaszek-Maciaszek, Rafał Michalczyk, Magdalena Dziubecka, Julicza

 

Najsmaczniejszy ptyś na świecie

Już w mitologii przestrzegano, że latanie nie jest domeną ludzi. Ikar skończył tragicznie. Znaleźli się jednak tacy, którzy postanowili przeciwstawić się siłom natury i wzbić się ponad wszelkie wyobrażenia i granice. Dzięki temu możemy latać.
Miałam okazję zaledwie polizać wielkiego ptysia, co się nazywa PARALOTNIARSTWO, ale już wiem, że chcę go jeść każdego dnia. Na śniadanie, obiad, kolację, podwieczorek.

6a
Bo tak naprawdę nie chodzi o samo latanie. Chodzi o emocje.
Emocje tak pozytywne, że zaczynamy patrzeć na świat inaczej niż zwykle. A rzeczy z pozoru błahe i dobrze nam znane nabierają innego znaczenia. Już zawsze patrząc na chmury będę w nich widzieć nie tylko kształty, ale też wolność i szczęście. I tylko ja sama będę wiedzieć ile te chmury dla mnie znaczą. Bo pod ich kształtami kryją się moje wspomnienia, wywrotki, walka z wiatrem, cudowni ludzie, poczucie bycia w każdym z trzech wymiarów i nieskończoności piękna tego świata.

6b
Warto szukać takich emocji. Czystych, szczerych, naszych własnych. Które za każdym razem wywołają u Was zagadkowy uśmiech i drżenie każdej cząstki naszego ciała… życzę Wam waszych własnych smacznych ptysi 🙂

6c

Powyżej najpiękniejsze lądowanie w kwiatach i słońcu.

Więcej info o moim lataniu na Podaj Dalej.
Były to dla mnie przeżycia tak osobiste i kosmiczne, że póki co nie jestem w stanie napisać na ten temat nic więcej…

Niebieskie piórko

Twórcze kreowanie własnej rzeczywistości, energia kosmosu, siła myśli, potęga wiary. Ostatnio nastała moda na rozwój osobisty, coraz więcej osób interesuje się własną samoświadomością. Zapotrzebowanie stworzyło produkt, który można sprzedać- poradniki jak żyć szczęśliwie, jak osiągać sukces i jak odnaleźć samego siebie wśród tego syfu, który nas otacza.

Lubię taką tematykę. Lubię mieć poczucie, że robię coś dla siebie- choćby czytać takie właśnie książki. Ale wiecie ile pozycji przerzuciłam i nie wyciągnęłam z tego nic oprócz próżnego przekonania, że się rozwijam, bo je czytam? Ba! Czasem wystarczyło, że zakupiłam kilka poradników, które wylądowały w szufladzie i nie zostały nigdy otworzone.

Jakiś rok temu nabyłam sobie dziennik coachingowy. Taką ćwiczeniówkę dla dorosłych, która pomaga zrozumieć samego siebie. W ramach postanowień noworocznych otrzepałam go z kurzu i systematycznie zaczęłam wypełniać. Według autorów na dziennik należy poświęcić 30 min dziennie- ja poświęcałam mniej niż 10.
Jednym z zadań było wypisanie sobie celów do osiągnięcia na najbliższe pół roku w każdym z ośmiu obszarów. Według autorek były to: otoczenie, kariera, rekreacja,, zdrowie, rozwój osobisty, rodzina/przyjaciele, partner oraz finanse. Cel miał być w formie dokonanej. Przy każdym z celów należało umieścić datę jego realizacji.

Zawsze kręciły mnie pieniądze. Zawsze lubiłam być kreatywna i nie znosiłam monotonii. Odkąd usłyszałam o kimś takim jak specjalista do spraw pozyskiwania funduszy czułam, że ta robota jest dla mnie. Dlatego przy obszarze kariera wpisałam „mam pracę przy projektach”. Do kiedy chciałam to osiągnąć? Do lipca 2015 roku…

5aa

Napisałam CV, nawet wstawiłam zielone tło, żeby pokazać jaka jestem twórcza i kreatywna. Rozesłałam je wszędzie gdzie się dało, zapisałam się na specjalistyczne szkolenia.
Żeby być bardziej profesjonalna w tym co robię zakupiłam kolejny poradnik. Zgadnij, ile razy do niego zajrzałam…

5b

Leży od 4 miesięcy w jednym i tym samym miejscu. Ale każdego dnia kiedy patrzyłam na niego powtarzałam sobie „jestem specjalistką do spraw pozyskiwania funduszy unijnych”. Myłam zęby i patrząc w lustro w myślach mówiłam swoją formułkę. Oczami wyobraźni widziałam siebie w białej koszuli, okularach i czerwonych szpilkach, w mega nowoczesnym biurze pracującą przy lapku w fajnym zespole. Profesjonalnie nazywa się to wizualizacja. Słyszałeś o efekcie niebieskiego piórka opisanym przez Richarda Bacha? Chodzi o to, żebyś wyobraził sobie niebieskie piórko, to jak wygląda albo jak wiruje na wietrze. I jeśli każdego następnego dnia będziesz o nim myślał, to w pewnym momencie to niebieskie piórko pojawi się fizycznie w twoim życiu. Takie czary-mary XXI wieku.

Był koniec marca 2015. Z tysiąca potencjalnych pracodawców do których wysłałam CV odezwała się jedna firma. Zestresowana pojechałam na rozmowę. Nie wiem, czy można tak powiedzieć, ale była przesympatyczna. Taka jakaś pełna werwy do życia byłam po niej. Mieli się w przeciągu tygodnia odezwać. Się nie odezwali. A ja dalej patrząc na siebie w lustrze i już trochę z przekorą w oczach powtarzałam, że przecież jestem tą specjalistką. W międzyczasie napisałam swój pierwszy samodzielny wniosek o dotacje dla zaprzyjaźnionego stowarzyszenia. Nie przeszedł. Myję zęby, maluję się przed lustrem, gotuję obiad, robię brzuszki, jestem specjalistką do spraw pozyskiwania funduszy.

Już dawno zapomniałam o tej jednej rozmowie kwalifikacyjnej i dalej żyłam swoim życiem.

1 lipca 2015. Jadę autem. Dzwoni telefon. Czerwone światło. Aaaaa odbiorę. Na linii jest pan z firmy i mówi o szczegółach z naszej rozmowy o pracę. Wow zapamiętał mnie- myślę sobie. Odpowiadam mu, że oddzwonię. Tak bardzo miło zaskoczył mnie ten telefon. Przez moment pogwiazdorzyłam i stwierdziłam, że do nich zadzwonię i powiem, że teraz to mi to lotto. Jednak gdy ochłonęłam, postanowiłam, że posłucham co ma mi do powiedzenia. I wiecie co? Będę specjalistką do spraw pozyskiwania funduszy (Oj przepraszam. JESTEM)!!! Dostałam ofertę z warunkami lepszymi niż te na rozmowie, dostałam ofertę z warunkami wprost wymarzonymi dla mnie!

Po rozmowie wzięłam do ręki swój dziennik, bo byłam ciekawa jaką obligatoryjną datę wypisałam dla znalezienia pracy przy projektach. Lipiec 2015. Ofertę pracy dostałam 1 lipca. Przypadek? A może czary-mary XXI wieku.

Nie wiem czy to energia kosmosu czy magia tęczy sprawiła, że cel jaki założyłam został w tak zaskakujący sposób zrealizowany. Ale wiecie co? Chyba zaczynam w to wierzyć. No i teraz tworzę całą listę swoich wizualizacji! I Wy też to zróbcie. Macie żywy przykład na to, że chcieć to móc!

Wróżba Kominka

Cały ostatni weekend spędziłam na dopieszczaniu bloga i czytaniu poradnika dla blogerów, którego autorem jest popularny w blogosferze Tomek Tomczyk. Przez niektórych znany pod pseudonimem Kominek. Według niego jeśli jesteś w stanie zrezygnować ze swoich dotychczasowych przyzwyczajeń, zaniedbać znajomych i zadowolisz się kawałkiem pizzy z wczoraj na obiad, bo piszesz-masz zadatki na dobrego blogera. I ma w tym 100% racji.

Bo tyczy się to nie tylko pisania bloga.

Jeśli chcemy być dobrzy w tym co robimy zawsze musimy się poświęcić. Nie da się działać na odwal się i zdobyć złote góry. Zdobywałeś kiedyś jakąś górę? Stanie na początku szlaku i patrzenie z zazdrością na innych przybliżyło cię do szczytu? Spowolniło tylko jego zdobycie.

A co się działo kiedy w mediach pojawiła się Chodakowska? Wszędzie czytałam i słyszałam jaki z niej paszczur. Że musiała pojawić się brzydula, żeby pokazać, że każda kobieta może być atrakcyjna. (Ja osobiście uważam ja za ładną, przynajmniej nie jest kolejny klonem). Skoro jest taka pospolita, to przecież wszystkie inne kobiety w mniej więcej jej wieku mogły odnieść taki sukces. No właśnie. MOGŁY. Ale nie chciało im się ruszyć swoich czterech liter. A Ewa wybiła się, bo jest dobra w tym co robi. Bo ciężko pracowała nad sobą i teraz też się temu poświęca. Ci którzy mówią o niej w tak negatywny sposób oczami wyobraźni widzą siebie na jej miejscu. Nie potrafią zrozumieć, że cały świat usłyszał o dziewczynie, która była kiedyś taka jak oni sami. Nie widzą sprawiedliwości na świecie. Z tym, że mają problem żeby choć raz w tygodniu wybrać się na siłkę.

Ile razy patrzyłaś na koleżankę i zastanawiałaś się jak ona to robi że ma tak ponętną figurę? A ty co zrobiłaś dla swojej sylwetki? Poszłaś na obiad do Pizza Hut? Ile razy zazdrościłeś koledze wzięcia u lasek? Gdybyś tylko miał taką furę jak on… Patrzysz na bogaczy i zazdrościsz im ich życia? A znasz ich drogę do bogactwa?

Ludzie dzielą się na dwie kategorie: tych którzy żyją swoim pomyślnym życiem i tych którzy im tego zazdroszczą, ale nie zrobią nic żeby na lepsze zmienić swoje. Ci drudzy czekają na wygraną w lotka, księcia na białym koniu…..bo przecież są tacy wyjątkowi, że zasługują na to co najlepsze. Narasta w nich gorycz i poczucie niesprawiedliwości, że wszyscy mają z górki a oni pod. Patrzą na „wybrańców” i mówią, że im wszystko przychodzi z taką łatwością. Oni sami mają pecha w życiu i co by nie robili ten pech ich nie opuszcza.

A teraz udajmy się w podróż 3 lata wstecz. Od dziecka uwielbiałam koszykówkę. Do momentu aż choroba wykluczyła mnie z udziału w tej dyscyplinie. Jednak w pewien weekend będąc w Krakowie miałam okazję spróbować gry w kosza na wózku.

4b

Dopiero poznawałam świat niepełnosprawnych i była to dla mnie mega informacja, że istnieje coś takiego. Ochoczo zgłosiłam swój udział w turnieju. Podzielono nas na drużyny, dostaliśmy specjalne wózki i zabawa się zaczęła. Pełna dziecięcego optymizmu nie przewidziałam, że przecież nie tylko nogi mam słabe. Moje ręce również nie wykazują 100% sprawności. Skutek był taki, że gdy docierałam pod kosz gdzie toczyła się akcja… akcja przenosiła się pod drugi kosz. Kilka razy rzucono mi piłkę, chyba raz udało mi się ją złapać. Nie było mowy żeby dorzucić do kosza, więc podałam ją do innej osoby z drużyny. A uściślając- przeturlałam.

4a

 

Oceniając swoją sytuację obrałam strategię niszcz i wjeżdżaj w przeciwników i tak dotrwałam do końca turnieju. Moja drużyna zajęła drugie miejsce i zdobyła srebrny puchar. Ja nie czułam się zwycięzcą. Ale później wydarzyło się coś co zmieniło moje przekonanie. Był tam trener który szkolił ogólnopolską kadrę. Powiedział, że szczególnie jedna osoba zasługuje na specjalne wyróżnienie. Takiego hartu ducha nie widział dawno. Pomyślałam, że mówi o kapitanie zwycięskiej drużyny. Najprzystojniejszym i najsilniejszym z nas wszystkich. Skierowałam wzrok na jego osobę. Tymczasem trener wskazał mnie. W dupie z medalami, bo te słowa znaczyły dla mnie więcej niż szczerozłoty medal wykładany diamemtami.

Nie oceniaj siebie miarą innych. Nie zawsze osiągniesz to o czym marzysz. Może nie uda ci się dobić do idealnej wagi. Albo zabraknie paru tysiaków i na wakacje polecisz do Grecji, a nie na Kubę. Ale będziesz mieć to zajebiste poczucie, że zrobiłeś coś ze sobą. Że to jest twoje życie i ty nim władasz. Sama droga do twojego celu zaskoczy cię pozytywnie. I to jest właśnie ten twój szczyt. I nikt ci nie powie, że jesteś do bani, bo znasz swoją wartość. I nie będziesz mierzyć się czyimś sukcesem. Bo twój będzie największy.

Jesteś lekiem na całe zło

Ona i on. Samotni, łaknący bliskości, trochę poranieni przez przeszłe związki… 

Wypełniają swoje codzienne czynności jak zombie czekając aż spotka ich zbawienie w postaci tej drugiej połówki. Nigdzie nie wychodzą, każdy ich dzień wygląda tak samo. Snują się jak duchy w swoim życiu i nie dostrzegają tego co dzieje się dookoła. W końcu spotykają się na parapetówce u wspólnego znajomego. Ona ma niezłą figurę, jemu dobrze z oczu patrzy. Stępione alkoholem zmysły dają im znać, że to jest ta osoba na którą czekali całe życie. Bing bang big love.

Oboje czują się tak jakby wygrali milion na loterii i lot w kosmos. Wszystkie ich codzienne problemy zniknęły, nie ma przeszkód których nie mogliby pokonać. Wspólne plany, kolorowa przyszłość. Ona pakuje swojego kota w walizkę i wprowadza się do jego kawalerki w centrum miasta. On zachwyca się jej nieustającą gadaniną- przecież to takie słodkie. Ona uwielbia jego uroczą niezdarność. Dni mijają, uczucia stygną, a oni dalej wierzą, że ten związek to wybawienie od monotonii i jedyna właściwa droga do spełnienia w życiu. Każdą wolną chwilę spędzają ze sobą trzymając się za rączkę. Są szczęściarzami i to nie byle jakimi. Przecież takie coś przytrafiło się tylko im.

Czas mija, ona i on powoli schodzą ze swojego nieba na ziemię. Gdzieś tam w nich ciągle jest niepokój i jakaś taka dziwna nerwowość. W zasadzie, to nie są już dla siebie tacy idealni. Brakuje im pomysłów na wspólne weekendy. Wolny czas spędzają tkwiąc z nosem w swoim telefonach, patrząc jak znajomi dobrze się bawią i informują o tym innych na fejsie. Nagle nie mają o czym rozmawiać. Ona nie wie skąd w niej tyle goryczy, on woli myśleć o koleżankach z pracy niż o niej. Co się dzieje? Przecież miało być tak pięknie, a znów trafili na nieodpowiednie osoby. On zakłada słuchawki na uszy żeby nie słuchać ile ona gada. Jego niezdarność wywołuje w niej uczucie politowania. Pakuje kota do walizki…

Ona i on. Samotni, łaknący bliskości, trochę poranieni przez przeszłe związki…

Nie twierdzę, że związki są słabe. Ale drażni mnie to co widzę dookoła.  Zamiast szukać desperacko ratunku w drugiej osobie, spróbuj sam ogarnąć swoje życie. Znajdź swoją drogę i zajęcia, które dają ci spełnienie. Zajmij się czymś pożytecznym, a nie tylko czekaj na to, aż ktoś wybawi cię z twojego nudnego życia. Jest nudne i beznadziejne, bo ty nic nie robisz żeby to zmienić. I żadna inna osoba tego nie zmieni! Na dłuższą metę nikt inny nie da ci spełnienia i nie wypełni pustki jaką masz w sobie.

Szukając ratunku w drugiej połówce zachowujesz się jak smarkaty egoista, który wykorzystuje drugą osobę jak towar, który da mu chwilowe szczęście. A później do kogo będziesz mieć pretensje, że znowu nie wyszło? Pewnie nie do samego siebie…

Dopiero wtedy jak zrobisz porządek sam ze sobą, związek będzie nie tylko szczęściem, ale obłędną i kapitalną wspólną drogą.

Kolorowe skarpetki nurkowe

W ostatni weekend byłam na wypadzie nurkowym na Zakrzówku. Jak to jest, że osoba korzystająca z wózka może nurkować? Ano normalnie. Bo w wodzie nie ma takich ograniczeń jak na lądzie. Jesteśmy lżejsi, a każdy ruch można wykonać wkładając w to znacznie mniej siły. Daje mi ono poczucie totalnej swobody i wolności, a chyba każdy z nas chce je czuć…

Ale żeby nie było tak łatwo pogoda nas nie rozpieszczała. Temperatura powietrza nie była zbyt przyjazna, trochę wiało i padał deszcz. Dla osoby, której wiecznie jest zimno i kiedy tylko jest okazja grzeje się suszarką, są to warunki prawie ekstremalne.

2a

 

Musiałam rozebrać się do kostiumu żeby wcisnąć się w piankę i docieplacz. A samo ich ubieranie to dopiero jest jazda bez trzymanki. Nie mam jeszcze skompletowanego własnego sprzętu. Miałam szczęście, bo trafiłam na odpowiedni rozmiar- kolega męczył się ponad pół godziny, a okazało się, że jednak się nie dopnie- musiał zacząć zabawę od początku… A co do sprzętu- jak zwykle musiałam się wyróżnić i tym razem furorę zrobiły moje nietypowe skarpetki nurkowe. No cóż, przynajmniej byłam pewna, że nie zgubią mnie pod wodą 🙂

2b

Wspomagając się gorącą herbatką czekałam aż moi partnerzy nurkowi ogarną swój i mój sprzęt i coraz bardziej dopadała mnie myśl, że może jednak zrezygnuję- nie byłabym jedyna. W końcu ruszyliśmy w stronę zejścia do wody. Było mi ciasno, miałam trudności w oddychaniu przez dopasowaną piankę i czułam, że jest mi coraz zimniej. A co dopiero będzie w wodzie która znacznie lepiej przewodzi ciepło i wychładza ciało 20 razy szybciej niż powietrze? I ta myśl która tak często mnie dopada: „Julita! Coś ty znowu wymyśliła? Na co ci to wszystko. Mogłaś leżeć pod kocykiem i czytać książki”. Oj wielokrotnie słyszę takie myśli w swojej głowie. Ale nie potrafiłam zrezygnować. Chłopaki wsadzili mnie do wody, podopinaliśmy sprzęt, założyliśmy maski…

ZDJECIE

Zanurzenie… Pierwszy podwodny wdech… Słyszę ciszę! Wydech… Bąbelki… Jestem taka lekka… Czułam jak w moją twarz wbijają się tysiące szpilek- na pewno znacie to uczucie, gdy wychodzicie na mróz. Zanurzaliśmy się coraz głębiej. Woda tym razem nie była zbyt przejrzysta, ale dzięki temu panowała tam aura tajemniczości i baśniowości. Z dala dostrzegałam czarne kształty, które przy zbliżeniu zamieniały się w lustra i zatopione samoloty. Czułam się jak eksplorator tego niezwykłego miejsca. W pewnym momencie skupiłam się na wirujących w wodzie pyłkach. I kompletnie zatraciłam poczucie świadomości, przez moment byłam jedną z tych wirujących cząstek. Byłam TYLKO ja i liczyło się TYLKO teraz. I właśnie dla tej krótkiej chwili warto było zejść pod wodę!

Wynurzyłam się zmarznięta ale jaka spełniona i szczęśliwa!

2d
Jeśli coś kochamy robić, jeśli zależy nam na czymś, to jesteśmy w stanie przezwyciężyć swoje słabości i przyzwyczajenia. Czasem warto opuścić wygodne i bezpieczne miejsce, zrobić coś co nie jest do końca komfortowe, ale może dać nam chwile szczęścia i satysfakcję, jakich nie zaznamy tkwiąc ciągle w tym samym punkcie.