Kiedy prosisz o pomoc, nie możesz mieć udanego życia.

Kiedyś dostałam radę że nie powinnam pokazywać publicznie tego, że podróżuję i nurkuję bo ludzie zobaczą „że doskonale sobie radzę”. Że nie jest ze mną „aż tak źle”. I nikt nie będzie chciał mi pomóc w związku z moją chorobą kiedy o to poproszę.

I długo ta myśl była w mojej głowie, blokując chęć podzielenia się czymś pięknym.

Dziś mam to gdzieś, jeśli ktoś tak pomyśli. Bo oznacza to jedynie, że nie ma pojęcia czym jest pasja, inspiracja i sam nie potrafi podążać za głosem swojego serca.
A ja wiem, że jest duża wartość w tym, że mimo tak ciężkiej i wyniszczającej choroby robię to co robię.

Kieruję się w różne miejsca na świecie, by w sprzęcie który pozwala przetrwać pod wodą, eksplorować ten mniej znany świat i przekraczać kolejne, własne granice.

Dwa bieguny

Nurkowanie jest dla mnie podróżą wgłąb siebie. To ono pozwoliło i pozwala mi oswajać swoją niepełnosprawność. Ale w taki sposób, że właśnie robię coś, co nawet nielicznym osobom w pełni sił nie jest dane robić. To ono daje mi kopa, że moje życie choć do dupy ze względu na chorobę, jest ekscytujące i pełne przygód ze względu na pasję.

Bo na wyprawach nurkowych – jest trudniej niż w życiu. Za każdym razem muszę opuścić swoją strefę komfortu, począwszy choćby od tego że trzeba spakować duży i ciężki sprzęt (albo zaangażować kogoś kto w tym pomoże), po dotarcie do celu, funkcjonowanie w nowych miejscach, na łodzi – myślicie że to jest łatwe dla kogoś kto porusza się na wózku? Że to są wakacje? Relaks?
To jest kurde ciągła walka o przetrwanie.

Michał Woroch (podróżnik na wózku) kiedyś pięknie powiedział że w drodze zapomina się o niepełnosprawności. I ja się pod tym podpisuje obiema rękami i stopami – ona jest, nawet bardziej.
Ale jest plan do wykonania, droga do przejechania, miejsca do zobaczenia i to jest rękawica którą trzeba podnieść.

I to, że nie odpuściłeś – później napędza i sprawia że nie poddajesz się. Nawet jak jesteś już na granicy wytrzymałości, gdy nie radzisz sobie ze zwykłymi codziennymi czynnościami.

Moje życie to opowieść o realizowaniu marzeń mimo wszystko. O dążeniu do spełnienia, mimo że zapis w twoim kodzie genetycznym sprawia że często wyjesz z rozpaczy i bezsilności. I krzyczysz na głos lub w myślach, że już dłużej nie dasz rady. Że już wystarczy. Że masz dosyć noszenia maski która sprawia, że inni myślą „że jakoś sobie radzisz”.

Bo sobie nie radzisz.

A później pojawia się impuls. I żadna siła nie jest w stanie powstrzymać przed działaniem do którego nawołuje serce.

Każdy z czymś się mierzy

To co chcę powiedzieć, to że każdego z nas spotykają choroby, złe sytuacje, straty, zranienia.
Ale to nie może definiować człowieka. Blokować w tym, żeby robił to co kocha. Albo że nie wypada. Zamykać w jakieś „społeczne widzi mi się” .

Dostając na starcie nieuleczalną chorobę która chce mnie uziemić na wózku, wpisuję się w obraz osoby nieporadnej, biednej, potrzebującej na rehabilitację.

I tak. Zdarza mi się – choć dalej jest to dla mnie trudne – proszę ludzi o darowizny albo wskazanie mojej osoby przy rozliczaniu PIT, żeby zebrać środki na rehabilitację i wydatki związane stricte z zanikiem mięśni, sprzęt ułatwiający codzienne funkcjonowanie. I właśnie zdałam sobie sprawę że tak naprawdę proszę nie o to żeby walczyć z chorobą. Głębsze znaczenie jest takie, żeby mimo tej choroby dalej podążać swoją własną drogą. A wiedzie ona nie tylko przez szpitale i sale do ćwiczeń, ale też wyprawy nurkowe i podróżnicze. Czuję że to dobra droga, szczególnie wtedy kiedy ludzie których spotykam inspirują się moją historią i tym co robię. A później sami wprowadzają zmiany we własnym życiu.

Nie bójmy się być sobą. Nawet wtedy kiedy czasem życie zmusza nas do tego żeby zrobić coś wbrew sobie. Bądźmy odważni w dążeniu do swoich marzeń i celów, nawet jeśli ktoś nam powie że nie wypada.

Kolorowe skarpetki nurkowe

W ostatni weekend byłam na wypadzie nurkowym na Zakrzówku. Jak to jest, że osoba korzystająca z wózka może nurkować? Ano normalnie. Bo w wodzie nie ma takich ograniczeń jak na lądzie. Jesteśmy lżejsi, a każdy ruch można wykonać wkładając w to znacznie mniej siły. Daje mi ono poczucie totalnej swobody i wolności, a chyba każdy z nas chce je czuć…

Ale żeby nie było tak łatwo pogoda nas nie rozpieszczała. Temperatura powietrza nie była zbyt przyjazna, trochę wiało i padał deszcz. Dla osoby, której wiecznie jest zimno i kiedy tylko jest okazja grzeje się suszarką, są to warunki prawie ekstremalne.

2a

 

Musiałam rozebrać się do kostiumu żeby wcisnąć się w piankę i docieplacz. A samo ich ubieranie to dopiero jest jazda bez trzymanki. Nie mam jeszcze skompletowanego własnego sprzętu. Miałam szczęście, bo trafiłam na odpowiedni rozmiar- kolega męczył się ponad pół godziny, a okazało się, że jednak się nie dopnie- musiał zacząć zabawę od początku… A co do sprzętu- jak zwykle musiałam się wyróżnić i tym razem furorę zrobiły moje nietypowe skarpetki nurkowe. No cóż, przynajmniej byłam pewna, że nie zgubią mnie pod wodą 🙂

2b

Wspomagając się gorącą herbatką czekałam aż moi partnerzy nurkowi ogarną swój i mój sprzęt i coraz bardziej dopadała mnie myśl, że może jednak zrezygnuję- nie byłabym jedyna. W końcu ruszyliśmy w stronę zejścia do wody. Było mi ciasno, miałam trudności w oddychaniu przez dopasowaną piankę i czułam, że jest mi coraz zimniej. A co dopiero będzie w wodzie która znacznie lepiej przewodzi ciepło i wychładza ciało 20 razy szybciej niż powietrze? I ta myśl która tak często mnie dopada: „Julita! Coś ty znowu wymyśliła? Na co ci to wszystko. Mogłaś leżeć pod kocykiem i czytać książki”. Oj wielokrotnie słyszę takie myśli w swojej głowie. Ale nie potrafiłam zrezygnować. Chłopaki wsadzili mnie do wody, podopinaliśmy sprzęt, założyliśmy maski…

ZDJECIE

Zanurzenie… Pierwszy podwodny wdech… Słyszę ciszę! Wydech… Bąbelki… Jestem taka lekka… Czułam jak w moją twarz wbijają się tysiące szpilek- na pewno znacie to uczucie, gdy wychodzicie na mróz. Zanurzaliśmy się coraz głębiej. Woda tym razem nie była zbyt przejrzysta, ale dzięki temu panowała tam aura tajemniczości i baśniowości. Z dala dostrzegałam czarne kształty, które przy zbliżeniu zamieniały się w lustra i zatopione samoloty. Czułam się jak eksplorator tego niezwykłego miejsca. W pewnym momencie skupiłam się na wirujących w wodzie pyłkach. I kompletnie zatraciłam poczucie świadomości, przez moment byłam jedną z tych wirujących cząstek. Byłam TYLKO ja i liczyło się TYLKO teraz. I właśnie dla tej krótkiej chwili warto było zejść pod wodę!

Wynurzyłam się zmarznięta ale jaka spełniona i szczęśliwa!

2d
Jeśli coś kochamy robić, jeśli zależy nam na czymś, to jesteśmy w stanie przezwyciężyć swoje słabości i przyzwyczajenia. Czasem warto opuścić wygodne i bezpieczne miejsce, zrobić coś co nie jest do końca komfortowe, ale może dać nam chwile szczęścia i satysfakcję, jakich nie zaznamy tkwiąc ciągle w tym samym punkcie.