Moje nowe życie – na wózku

Dziewczyna, brunetka, w białej koronkowej tubice siedzi na wózku. W tle nowoczesne sklepienie budynku ze szkła i metalu.

To już prawie 4 lata odkąd w większości żyję na wózku. Pewnie dla ludzi którzy znali mnie od dawna, jestem tą samą osobą jak dawniej, tylko na wózku. Sprawa ma się nieco inaczej z nowo spotykanymi osobami. Myślę, że one często postrzegają mnie przez pryzmat wózka. W końcu nie da się go ukryć, schować do kieszeni jak jakiejś tajemnicy. Stereotyp wózka jest mocno zakorzeniony w naszych umysłach… Ale czy zawsze?

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja kuzynka podczas wakacji zabrała mnie na spotkanie do swojej przyjaciółki. Pociągiem… Było to niesamowite przeżycie, bo mimo tego że byłam prawie dorosła (ba miałam 7 lat!) to do tamtej pory nigdy nie jechałam pociągiem. Jestem córką mechanika, miłośnika samochodów, więc w podróże duże i te mniejsze zawsze jeździliśmy osobówką.

Tamte wspomnienia są poszarpane. Pamiętam tylko urywki. Wagon wydawał mi się niezwykle wysoki, kuzynka Ania musiała mnie do niego podsadzać. Przedział był ogromny w porównaniu do niewielkiej przestrzeni w samochodzie. Furkot kół nadawał niesamowity podkład muzyczny całej eskapadzie. To było coś niesamowitego… Chyba największa atrakcja tamtych wakacji.

Tą niepewność i ekscytację poczułam za kolejne 12 lat.

Była Wielkanoc 2018. W moim aucie (bo to nadal mój ulubiony środek transportu) padł alternator. Auto wylądowało u zaprzyjaźnionych mechaników w Warszawie, bo tam była awaria.

Dziewczyna w białych słuchawkach i wzorzystej bluzce z falbanką siedzi w samochodzie. Patrzy się w obiektyw. W tle widać że w bagażniku jest wózek inwalidzki

Dobra muzyka, pełny bak paliwa, wózek w bagażniku. I do przodu.

 

Ale ja na święta musiałam wrócić z Warszawy do domu. Nawet mama chciała po mnie przyjeżdżać. Spodobał mi się ten pomysł. Ale za chwilę przyszło mi do głowy, że przecież sprzątanie, gotowanie. Jest tyle rzeczy do zrobienia przed świętami, sami wiecie.

– Dobra postanowiłam. Przyjadę pociągiem – zakomunikowałam.

Na wózku wszystko przeżywasz od nowa. Inaczej.

I nawet jak wcześniej robiłeś milion razy jakąś rzecz, chodząc jeszcze, to na wózku jest inaczej.

Dworzec Centralny. Zmiana peronu. Wszyscy gnają po schodach. Ty czekasz na windę 3 minuty i nie wiesz, czy twój pociąg już odjechał czy jeszcze nie.

Później ten stres przed wsiadaniem do przedziału. Że ktoś Ci musi pomóc, że może winda czy tam platforma nie zadziała.

Nagle rzeczy zwykłe, pierrrrdoły o których nie miałeś wcześniej pojęcia, stają się barierą nie do przeskoczenia.

I te spojrzenia…

Już nie wtopisz się w tłum. O karierze tajnego agenta możesz zapomnieć! Ludzie albo się do ciebie uśmiechają, bo super sobie radzisz bo nie siedzisz w domu tylko jedziesz właśnie pociągiem. Albo całkiem odwracają wzrok. I tylko krzyczą do innych jak idziesz (czy tam jedziesz). Krzyczą: „Uuuwaaga!”. Oczywiście robią to w dobrej wierze, bo chcą żeby inni zrobili mi przejście. Ale mi ta „Uwaga!” kojarzy się negatywnie. Z niebezpieczeństwem, z alarmem, krzywdą. Jakby wąż jadowity po tym peronie pełzł albo samochód z zawrotną szybkością jechał i miał kogoś potrącić. UUUWAAAAGAAAA!!!!!!!!!

A ja sobie tylko idę grzecznie. I jak ktoś akurat stoi na środku z walizką przy nodze i nosem w telefonie, to ja sobie go ominę na prawo czy tam na lewo. A jak nie będę miała jak, to sama bezpośrednio powiem do niego „przepraszam, zrobisz mi przejście?”.

Na wózku doświadczam nowego życia.

Niby te same sytuacje, niby ta sama ja. Ale kontekst jest inny. A kontekst jest kluczowy (wiem bo psychologia poznawcza to mój konik).

Dokładnie pamiętam wykład na którym mój ulubiony profesor opowiadał że jedno winogrono w misce karaluchów nic nie zmieni na lepsze. Ale jeden karaluch w misce pełnej winogron może wszystko popsuć.

I ta moja niepełnosprawność czasem jest jak taki karaluch. Rzuca cień na wszystko, na mnie. To wózek jest najważniejszy w odbiorze mojego wizerunku. Jest tak silną cechą, że dominuje. Sprawia że ludziom w głowie uruchamia się od razu zakładka pod tytułem niepełnosprawność. A jakie ona budzi emocje to wszyscy wiemy.

Ale ja uczę się cierpliwości. Niech sobie patrzą na ten mój wózek. Niech sobie kojarzą ze mną te wszystkie cechy które im tam siedzą w głowie w teczce „niepełnosprawność”.

Kosmos

Robię swoje. Siedzę i jadę tym zatłoczonym przed świętami pociągiem. Siedzę na tym przeklętym wózku w przejściu, bo jest tyle ludzi że nie ma opcji żeby na wózku gdziekolwiek dalej pójść. Odcinam się od całej sytuacji, próbując uciec w kosmos. I to dosłownie bo w ręku mam książkę Hawkinga o czarnych dziurach. Tylko nie mogę jej cholera przeczytać, bo na tym wózku blokuję przejście. A co chwilę ktoś przechodzi, szturcha mnie. Patrzę więc na szybę, na krople deszczu przesuwające się pod wpływem siły prędkości. I nagle koleś który siedzi obok mnie na sportowej torbie mówi do mnie:

– Fajne masz oczy.

Uśmiecham się. Mówię „dzięki” i z uporem maniaka dalej wpatruje się w te krople. Nie zamieniamy ze sobą już ani słowa. On za chwilę wysiada z tego pociągu, na koniec wymieniamy się uśmiechami.

A ja się czuję tak, jakbym właśnie zdeptała karalucha.

Może…

aż tak wiele nie zmieniło się odkąd jeżdżę na tym wózku?

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Nie jest łatwo prosić o pomoc

Czarna magia świąt

Święta to dla wielu osób okres bardzo stresujący. Często, zamiast radości i rodzinnej atmosfery czujemy frustrację i zmęczenie. Mało tego. Bywa i tak, że bożonarodzeniowe spotkania są dla nas przymusem.

Pod koniec roku jesteśmy przeciążeni – pracą, całorocznymi wydarzeniami, niefajną aurą pogodową. Przygotowania do świąt wymagają od nas dodatkowych nakładów energii.

 

Zawsze zastanawiałam się nad tą przedświąteczną pogonią. Każdy z nas wie jak to jest… najpierw solidne zakupy, dźwiganie tych cięzkich toreb, ciągle myślenie co jeszcze potrzeba… W międzyczasie kalkulowanie wydatków, zastanawianie się co kupić bliskim na prezent. I te myśli jak będzie w tym roku… bo coś tam w rodzinie nie gra. Porządki, zakupy… O jeszcze choinkę trzeba kupić. Pierogi ulepić. Nagle okazuje się, że czegoś nie ma – kolejna wyprawa do sklepu. I takie koło aktywności wciąż się kręci… Jeszcze karp! Szybko, bo w tamtym roku wykupili wszystkie i był sum zamiast karpia. I już w sam dzień wigilijny od samego rana pęd jeszcze większy… No bo tyle do zrobienia. Powoli zaczynasz czuć ten klimat. Lekkie poddenerwowanie i towarzysząca mu jakaś podniosłość. Stół już prawie nakryty. O nie! Kolejny stres… Sianka pod obrus nie ma… Dobrze, ża masz szynszyla i zgodnie z świątecznym przekazem dzieli się z tobą odrobiną suszonych ziółek.

 

I chwila najważniejsza… Wszyscy gromadzą się wokół stołu. Twoi bliscy… Na stole leży opłatek. To ten moment dla którego było to wszystko. Choć dla niektórych, to tylko już ostatni etap, aby w końcu skosztować pyszności, które leżą na stole. Podchodzisz do swoich bliskich, patrzysz im w oczy. Wyznajecie sobie to, co jest dla was najistotniejsze i najważniejsze. Dzielicie się tym co najlepsze… Dziękujecie i jesteście wdzięczni…

 

Często jednak prawda jest taka, że patrzycie sobie w oczy i czujecie się zmieszani. Bo w zasadzie, to nie pamiętacie, kiedy sobie w te oczy patrzyliście. I jakieś takie obce wam się one wydają. Czego sobie można życzyć? Bo albo mówimy sobie o tym na co dzień, albo w zasadzie powtarzamy automatycznie „zdrowia, miłości i pieniędzy”. I kiedy już tak z wszystkimi sprawę zakończycie możecie w końcu odetchnąć z ulgą i zacząć jeść wigilijny barszcz, czy tam pierogi.

 

Dlaczego święta budzą w nas dwuznaczne uczucia?

Dzieje się tak, ponieważ czekamy na święta, bo założyliśmy sobie, że to będzie idealny czas na odbudowanie więzi z bliskimi. Na poświęcenie czasu dziecku, które zaniedbywaliśmy cały rok. Na okazanie uczuć żonie z której zdaniem nie liczyliśmy się podczas podejmowanie ważnych decyzji. Wydaje nam się, że w ciągu jednego wydarzenia rozwiążemy wszystkie nasze problemy. Czasami nawet mamy nadzieję, że sam fakt, że ono nastąpi sprawi, że wszystko się naprawi. Bo przecież święta są takie prorodzinne, więc sam świąteczny klimat sprawi, że znowu staniemy się wzorcową rodziną i nasze więzi odżyją.

 

Jak jeden dzień może zmienić cały rok pracy? Z drugiej strony ktoś mógłby powiedzieć, że czasami jeden dzień może zmienić wszystko.

 

Jest w tym trochę prawdy. Magia świąt – nie bez powodu istnieje taki termin. Chodzi o to, że przed świętami ogarnia nas wszystkich przyjemne podniecenie, namiastka szczęścia i tacy jacyś łagodni bardziej jesteśmy. To takie modelowanie – udziela nam się nastrój innych ludzi – lampki w gablotach sklepowych, świąteczne melodyjki emitowane w każdym radio, śnieg który kojarzy nam się z beztroskim dzieciństwem i jazdą na sankach – to wszystko wpływa na nas pozytywnie.

 

Sytuacja kiedy małe dziecko zaczyna płakać, bo widzi inne płaczące odnosi się wtedy też do nas – emocje innych przechodzą na nas samych, a emocje przed świętami – trzeba przyznać – są bardziej pozytywne niż w innym czasie. I właśnie tacy pozytywnie nastrojeni zasiadamy do wigilijnych stołów pełni nadziei, że nasze życie rodzinne i osobiste ulegnie poprawie właśnie dzięki tym świętom.

 

I czasem faktycznie tak się dzieje. Klimat świąteczny udziela się przecież naszym bliskim. Zaniedbywana żona przychylniej patrzy na swojego męża, dostrzega więcej pozytywnych cech w nim samym. Dzieciom też wydaje się on być bardziej tatusiowy – no bo przecież jest, kupił prezenty i w końcu poświęcił im kilka chwil uwagi. Magia świąt działa.



Odpowiedzmy sobie jednak na jedno pytanie. Po świętach wraca codzienność a wraz z nią wszystkie niewygodne myśli, niespełnione potrzeby i pragnienia. Chwilowe fałszywe poczucie poprawy sytuacji znika z naszej świadomości zostawiając jeszcze większą frustrację w nas samych. Co wtedy robić? Czekać na kolejną magię świąt?