Motywacyjny kopniak #2

Nawet, gdy przeżywasz chwile kiedy wydaje ci się, że twoje życie nie ma sensu i już nic dobrego cię nie spotka warto czekać…

Mam takich chwil bardzo wiele – może przez całą moją pokręconą sytuację życiową, a może każdy człowiek je ma – w końcu żadne życie nie jest idealne.

Kiedyś powiedziałam do R., że nie ma sensu w moim życiu. Że nie widzę powodu by być i w zasadzie to mogłabym zniknąć.

– Nie byłoby cię już.

Nawet twój bezsens nie miałby wtedy sensu.

Ale dopóki nie znikasz… dopóki jesteś…

Zawsze istnieje szansa, że ten sens odnajdziesz – powiedział R., mój mądry mężczyzna!

Z czasem szare dni zaczęły nabierać barw.

Życie było takie samo, nic szczególnego się nie wydarzyło.

Jednak ja dostrzegałam o wiele więcej niż wtedy, gdy wszystko wydawało mi się bez sensu.

Najlepiej jest nam wśród chwil radosnych, beztroskich. Warto na takie czekać.

Zazwyczaj widzimy szczęście w swoich dalekich planach, w myślach „kiedyś będę, kiedyś zrobię…”

Lecz myśląc o tym co jest teraz… skupiamy się zbyt bardzo na wadach.

Zapominając o tym co mamy i jakie dobra duchowe i materialne nas otaczają.

Do słów mojego R. dodałabym:

Sens istnieje w nas samych.

W żadnym innym miejscu do nie odnajdziemy…

Czarna magia świąt

Święta to dla wielu osób okres bardzo stresujący. Często, zamiast radości i rodzinnej atmosfery czujemy frustrację i zmęczenie. Mało tego. Bywa i tak, że bożonarodzeniowe spotkania są dla nas przymusem.

Pod koniec roku jesteśmy przeciążeni – pracą, całorocznymi wydarzeniami, niefajną aurą pogodową. Przygotowania do świąt wymagają od nas dodatkowych nakładów energii.

 

Zawsze zastanawiałam się nad tą przedświąteczną pogonią. Każdy z nas wie jak to jest… najpierw solidne zakupy, dźwiganie tych cięzkich toreb, ciągle myślenie co jeszcze potrzeba… W międzyczasie kalkulowanie wydatków, zastanawianie się co kupić bliskim na prezent. I te myśli jak będzie w tym roku… bo coś tam w rodzinie nie gra. Porządki, zakupy… O jeszcze choinkę trzeba kupić. Pierogi ulepić. Nagle okazuje się, że czegoś nie ma – kolejna wyprawa do sklepu. I takie koło aktywności wciąż się kręci… Jeszcze karp! Szybko, bo w tamtym roku wykupili wszystkie i był sum zamiast karpia. I już w sam dzień wigilijny od samego rana pęd jeszcze większy… No bo tyle do zrobienia. Powoli zaczynasz czuć ten klimat. Lekkie poddenerwowanie i towarzysząca mu jakaś podniosłość. Stół już prawie nakryty. O nie! Kolejny stres… Sianka pod obrus nie ma… Dobrze, ża masz szynszyla i zgodnie z świątecznym przekazem dzieli się z tobą odrobiną suszonych ziółek.

 

I chwila najważniejsza… Wszyscy gromadzą się wokół stołu. Twoi bliscy… Na stole leży opłatek. To ten moment dla którego było to wszystko. Choć dla niektórych, to tylko już ostatni etap, aby w końcu skosztować pyszności, które leżą na stole. Podchodzisz do swoich bliskich, patrzysz im w oczy. Wyznajecie sobie to, co jest dla was najistotniejsze i najważniejsze. Dzielicie się tym co najlepsze… Dziękujecie i jesteście wdzięczni…

 

Często jednak prawda jest taka, że patrzycie sobie w oczy i czujecie się zmieszani. Bo w zasadzie, to nie pamiętacie, kiedy sobie w te oczy patrzyliście. I jakieś takie obce wam się one wydają. Czego sobie można życzyć? Bo albo mówimy sobie o tym na co dzień, albo w zasadzie powtarzamy automatycznie „zdrowia, miłości i pieniędzy”. I kiedy już tak z wszystkimi sprawę zakończycie możecie w końcu odetchnąć z ulgą i zacząć jeść wigilijny barszcz, czy tam pierogi.

 

Dlaczego święta budzą w nas dwuznaczne uczucia?

Dzieje się tak, ponieważ czekamy na święta, bo założyliśmy sobie, że to będzie idealny czas na odbudowanie więzi z bliskimi. Na poświęcenie czasu dziecku, które zaniedbywaliśmy cały rok. Na okazanie uczuć żonie z której zdaniem nie liczyliśmy się podczas podejmowanie ważnych decyzji. Wydaje nam się, że w ciągu jednego wydarzenia rozwiążemy wszystkie nasze problemy. Czasami nawet mamy nadzieję, że sam fakt, że ono nastąpi sprawi, że wszystko się naprawi. Bo przecież święta są takie prorodzinne, więc sam świąteczny klimat sprawi, że znowu staniemy się wzorcową rodziną i nasze więzi odżyją.

 

Jak jeden dzień może zmienić cały rok pracy? Z drugiej strony ktoś mógłby powiedzieć, że czasami jeden dzień może zmienić wszystko.

 

Jest w tym trochę prawdy. Magia świąt – nie bez powodu istnieje taki termin. Chodzi o to, że przed świętami ogarnia nas wszystkich przyjemne podniecenie, namiastka szczęścia i tacy jacyś łagodni bardziej jesteśmy. To takie modelowanie – udziela nam się nastrój innych ludzi – lampki w gablotach sklepowych, świąteczne melodyjki emitowane w każdym radio, śnieg który kojarzy nam się z beztroskim dzieciństwem i jazdą na sankach – to wszystko wpływa na nas pozytywnie.

 

Sytuacja kiedy małe dziecko zaczyna płakać, bo widzi inne płaczące odnosi się wtedy też do nas – emocje innych przechodzą na nas samych, a emocje przed świętami – trzeba przyznać – są bardziej pozytywne niż w innym czasie. I właśnie tacy pozytywnie nastrojeni zasiadamy do wigilijnych stołów pełni nadziei, że nasze życie rodzinne i osobiste ulegnie poprawie właśnie dzięki tym świętom.

 

I czasem faktycznie tak się dzieje. Klimat świąteczny udziela się przecież naszym bliskim. Zaniedbywana żona przychylniej patrzy na swojego męża, dostrzega więcej pozytywnych cech w nim samym. Dzieciom też wydaje się on być bardziej tatusiowy – no bo przecież jest, kupił prezenty i w końcu poświęcił im kilka chwil uwagi. Magia świąt działa.



Odpowiedzmy sobie jednak na jedno pytanie. Po świętach wraca codzienność a wraz z nią wszystkie niewygodne myśli, niespełnione potrzeby i pragnienia. Chwilowe fałszywe poczucie poprawy sytuacji znika z naszej świadomości zostawiając jeszcze większą frustrację w nas samych. Co wtedy robić? Czekać na kolejną magię świąt?

Spojrzenia

Czasami nie potrzeba tysiąca słów. Czasami wystarczy jedno spojrzenie.

Była sroga zima. Wychodziliśmy z centrum handlowego i wtedy ona nas zaczepiła. Padał śnieg, było bardzo zimno. Poprosiła o kilka złotych na bułkę dla dziecka. Ukradkiem obcięłam ją wzrokiem i odpowiedziałam, że nie mam gotówki, bo używam karty kredytowej. Grzecznie przeprosiła i odeszła. Zaczęliśmy pakować do auta zakupy. Kilka nowych ciuchów, wiśnie w czekoladzie i pistacje, które tak uwielbiam. Odpalił auto, a ja jak najprędzej rozkręciłam ogrzewanie na maksa, żeby poczuć się w końcu komfortowo. Ruszyliśmy, a ja zaczęłam szukać w torbach wisienek. Słodkie bułki, ser, banany, jogurty… Przekopywałam się przez stertę zakupów. I nagle zobaczyłam jej oczy. Wyraz jej spojrzenia wrócił do mnie.
– Zawracaj.
– Co?
– Zawracaj. Oddamy zakupy tej pani.
– Julka…
– Zawróć proszę.
Parking – prawie pusty – był cały zaśnieżony, było już ciemno. Słyszałam cichą pracę silnika i podmuch ciepłego powietrza przerywane przez ruch wycieraczek na szybie.
– Nie widzę jej…
– Objedź w kółko.
Zniknęła.
Pozostał mi po niej wyraz oczu proszących o bułkę dla dziecka.
Byłam tak zaabsorbowana swoim komfortem – tym, że było mi zimno i chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu – że nie zauważyłam, że ta kobieta naprawdę potrzebowała mojej pomocy.
Do dziś pamiętam opatuloną twarz i te blado niebieskie oczy.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy w życiu nie potrafiłam zjeść moich ulubionych wiśni w czekoladzie.

Wracałam z uczelni. Zaparkowałam auto przed moim ulubionym sklepem spożywczym, aby zrobić codzienne zakupy. Ulubiony, bo mogłam zaparkować przy samych drzwiach, skąd bez obaw wystarczyło kilka kroków aby wejść do środka. Kawałek dalej był punkt ksero. Oceniłam stan chodnika na równy, więc postanowiłam pójść i tam, żeby wydrukować sprawozdanie z zajęć. Przeszłam kawałek i straciłam równowagę. Upadłam. Za krótką chwilę zatrzymała się przy mnie dziewczyna na rowerze i zapytała czy może mi jakoś pomóc.
– Tak. Trzeba mnie podnieść na proste nogi. Ale sama pani nie da rady.
– To zaczekam z panią chwilę.
Odstawiła rower i usiadła przy mnie na chodniku.
Siedziałyśmy tak sobie w centrum Łodzi razem na chodniku.
Próbowałam wytłumaczyć jej, że mam problemy. Że choruję, że chodzę, ale jak stracę równowagę, to już sama tak w terenie się nie pozbieram. Jednak łzy cisnęły mi się do oczu i nie potrafiłam nic powiedzieć. Spojrzałyśmy tylko na siebie, a ona uśmiechnęła się i złapała moją dłoń w swoją. Nie pamiętam jaki kolor miały jej oczy, ale pamiętam ile siły dały mi w tamtej sytuacji.
– O tramwaj przyjechał. Idą jacyś panowie. Jest dobrze.

Czułam, że wszystko mi się wali. Pierwszy raz nie zaliczyłam sesji w terminie, ledwo wyszłam ze szpitala ze złamanym nosem. Tyle osób było dookoła mnie, a ja bez przerwy czułam, że jestem sama. Zamykałam drzwi swojego własnego jednopokojowego mieszkania i nawet jak ktoś pukał, to udawałam, że mnie nie ma. Wstać po to, by coś zjeść i dalej iść spać. Nie pamiętam ile to trwało.
Aż ją zobaczyłam. W łazience na wprost mnie. Odbijała się w lustrze. I jej oczy – lekko smutne z ledwo zauważalnym odbiciem światła. Czarne, a może jasno brązowe. To było dziwne, ale zapytałam się jej czemu jest taka smutna. Nie potrafiła odpowiedzieć. Wpatrywałam się w nią dobrą godzinę, może nawet dłużej. Aż przyznała, że właśnie zrozumiała, że już bardzo dawno nie była w swoim domu, gdzie czekają na nią osoby z którymi chce się dzielić wszystkim. Obiecałam jej, że niebawem tam będzie. Zaświeciły się jak pochodnie.

Ile czasu jedzie winda z czwartego piętra na parter? To chyba zależy od windy. Jego oczy wpatrzone w moje wpatrzone w Jego oczy. Odkąd ruszyła i dopóki się nie zatrzymała. Gdzieś wszystko zniknęło poza tą windą. Windy też chyba nie było. Tylko te spojrzenia i ich odbicia. O nic nie proszące i nic nie obiecujące. Dające coś czego nie da się określić jednoznacznie. A później ta nieodparta chęć ciągłej jazdy windą…

Gdyby nie te spojrzenia – nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Nie byłabym taka jaka jestem. Czasem przypadkowe, z pozoru nic nie znaczące, a jednak wzbogacające osobowość w najbardziej finezyjny sposób.

W rozmowach często odwracamy wzrok. Bojąc się, że ktoś może zobaczyć zbyt wiele. Nie obawiajmy się patrzeć w oczy innych, mają nam tyle do zaoferowania!

Jesteś lekiem na całe zło

Ona i on. Samotni, łaknący bliskości, trochę poranieni przez przeszłe związki… 

Wypełniają swoje codzienne czynności jak zombie czekając aż spotka ich zbawienie w postaci tej drugiej połówki. Nigdzie nie wychodzą, każdy ich dzień wygląda tak samo. Snują się jak duchy w swoim życiu i nie dostrzegają tego co dzieje się dookoła. W końcu spotykają się na parapetówce u wspólnego znajomego. Ona ma niezłą figurę, jemu dobrze z oczu patrzy. Stępione alkoholem zmysły dają im znać, że to jest ta osoba na którą czekali całe życie. Bing bang big love.

Oboje czują się tak jakby wygrali milion na loterii i lot w kosmos. Wszystkie ich codzienne problemy zniknęły, nie ma przeszkód których nie mogliby pokonać. Wspólne plany, kolorowa przyszłość. Ona pakuje swojego kota w walizkę i wprowadza się do jego kawalerki w centrum miasta. On zachwyca się jej nieustającą gadaniną- przecież to takie słodkie. Ona uwielbia jego uroczą niezdarność. Dni mijają, uczucia stygną, a oni dalej wierzą, że ten związek to wybawienie od monotonii i jedyna właściwa droga do spełnienia w życiu. Każdą wolną chwilę spędzają ze sobą trzymając się za rączkę. Są szczęściarzami i to nie byle jakimi. Przecież takie coś przytrafiło się tylko im.

Czas mija, ona i on powoli schodzą ze swojego nieba na ziemię. Gdzieś tam w nich ciągle jest niepokój i jakaś taka dziwna nerwowość. W zasadzie, to nie są już dla siebie tacy idealni. Brakuje im pomysłów na wspólne weekendy. Wolny czas spędzają tkwiąc z nosem w swoim telefonach, patrząc jak znajomi dobrze się bawią i informują o tym innych na fejsie. Nagle nie mają o czym rozmawiać. Ona nie wie skąd w niej tyle goryczy, on woli myśleć o koleżankach z pracy niż o niej. Co się dzieje? Przecież miało być tak pięknie, a znów trafili na nieodpowiednie osoby. On zakłada słuchawki na uszy żeby nie słuchać ile ona gada. Jego niezdarność wywołuje w niej uczucie politowania. Pakuje kota do walizki…

Ona i on. Samotni, łaknący bliskości, trochę poranieni przez przeszłe związki…

Nie twierdzę, że związki są słabe. Ale drażni mnie to co widzę dookoła.  Zamiast szukać desperacko ratunku w drugiej osobie, spróbuj sam ogarnąć swoje życie. Znajdź swoją drogę i zajęcia, które dają ci spełnienie. Zajmij się czymś pożytecznym, a nie tylko czekaj na to, aż ktoś wybawi cię z twojego nudnego życia. Jest nudne i beznadziejne, bo ty nic nie robisz żeby to zmienić. I żadna inna osoba tego nie zmieni! Na dłuższą metę nikt inny nie da ci spełnienia i nie wypełni pustki jaką masz w sobie.

Szukając ratunku w drugiej połówce zachowujesz się jak smarkaty egoista, który wykorzystuje drugą osobę jak towar, który da mu chwilowe szczęście. A później do kogo będziesz mieć pretensje, że znowu nie wyszło? Pewnie nie do samego siebie…

Dopiero wtedy jak zrobisz porządek sam ze sobą, związek będzie nie tylko szczęściem, ale obłędną i kapitalną wspólną drogą.