Przekaż 1 procent podatku

przekaz 1 procent podatku to nic nie kosztuje

Jeśli zastanawiasz się czy warto oraz komu przekazać 1 procent podatku, przeczytaj ten artykuł.

Każdy podatnik przy rocznym rozliczeniu z Urzędem Skarbowym ma możliwość przekazać 1 % podatku, który odprowadził do fiskusa w danym roku rozliczeniowym.

Oznacza to, że odpisując 1 % na dowolny cel, nie oddajesz 1 % ze swojego zwrotu, tylko 1 % który i tak już zapłaciłeś do skarbówki.

Jeśli przekażesz 1 procent podatku, to nic nie tracisz, otrzymasz taki sam zwrot, gdybyś tego nie robił.

Dlatego warto praktykować taką formę pomocy, ponieważ nic nas nie kosztuje, a może zmienić życie i los wielu ludzi czy innych istot.

Weź sprawy w swoje ręce i zdecyduj gdzie trafią Twoje podatki. Wiele osób błędnie zakłada, że nie opłaca się im odpisywać 1 proc., ponieważ mają niskie dochody, to  i odpis będzie nikły. Jednak dla każdego kto zbiera środki w ten sposób, nawet mała kwota ma znaczenie. Bo kilkadziesiąt małych kwot może dać pokaźną całość.

Dziewczyna, europejka na wózku. Azjatka kuca przed nią i masuje jej nogi przekazując ciepło. W tle wielokulturowy festiwal.
Dobro zawsze wraca

Zawsze warto pomóc i przekazać 1 procent. Tym bardziej że tak i tak płacisz skarbówce podatek. Masz jednak taką moc i możliwość żeby 1% tego podatku trafił tam gdzie chcesz. Może to być dla mnie 😉 albo na inny dowolny cel – zagubione jeże, obiad dla bezdomnych, czy protezę dla psa bez nogi.

Wystarczy wpisać:

KRS (rubryka J) 0000270809

cel szczegółowy (rubryka K) Kuczkowska, 4791

pamiętaj by zaznaczyć „wyrażam zgodę”

Jeśli mnie wybrałeś – dziękuję! Pomagasz mi w codziennym funcjonowaniu.

Uwierz mi – nie jest łatwo prosić o pomoc. To udowodnione naukowo, że chętniej dajemy niż prosimy by nam dano.

Ja, pomimo nieuleczalnej choroby, która podstępnie niszczy i osłabia moje mięśnie, bardzo długo miałam opory żeby prosić o odpisanie 1% na moją osobę. Bo przecież nikt z nas nie chce być zależny i uważany za kogoś kto sobie nie radzi.

Jednak te środki trafiają na subkonto fundacji, gdzie mogę je wykorzystać na rehabilitację, suplementy diety czy zakup sprzętu jak na przykład wózek, oprzyrządowanie do auta. Te potrzeby wynikają z mojej choroby, nie są moją zachcianką… A często niestety kosztują miliony monet. Taka jest cena niezależności osoby na wózku. Dlatego zachęcam Cię do oddawania 1% 😊

W dzisiejszych czasach mimo problemów ruchowych, naprawdę można żyć fajnie, a nawet szczęśliwie – w końcu szczęście to podobno stan umysłu. Jest tyle różnych rozwiązań technologicznych które pozwalają na funkcjonowanie bez barier.

I tak na przykład w tamtym roku zakupiłam napęd do wózka, a 23% jego wartości pokryłam właśnie z 1% 😉 Zobacz sam jak zmienił moje życie:

Warto pomagać, bo dobro wraca. A ja wierzę że z potrójną siłą ❤️

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Moje nowe życie na wózku

Moje nowe życie – na wózku

Dziewczyna, brunetka, w białej koronkowej tubice siedzi na wózku. W tle nowoczesne sklepienie budynku ze szkła i metalu.

To już prawie 4 lata odkąd w większości żyję na wózku. Pewnie dla ludzi którzy znali mnie od dawna, jestem tą samą osobą jak dawniej, tylko na wózku. Sprawa ma się nieco inaczej z nowo spotykanymi osobami. Myślę, że one często postrzegają mnie przez pryzmat wózka. W końcu nie da się go ukryć, schować do kieszeni jak jakiejś tajemnicy. Stereotyp wózka jest mocno zakorzeniony w naszych umysłach… Ale czy zawsze?

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja kuzynka podczas wakacji zabrała mnie na spotkanie do swojej przyjaciółki. Pociągiem… Było to niesamowite przeżycie, bo mimo tego że byłam prawie dorosła (ba miałam 7 lat!) to do tamtej pory nigdy nie jechałam pociągiem. Jestem córką mechanika, miłośnika samochodów, więc w podróże duże i te mniejsze zawsze jeździliśmy osobówką.

Tamte wspomnienia są poszarpane. Pamiętam tylko urywki. Wagon wydawał mi się niezwykle wysoki, kuzynka Ania musiała mnie do niego podsadzać. Przedział był ogromny w porównaniu do niewielkiej przestrzeni w samochodzie. Furkot kół nadawał niesamowity podkład muzyczny całej eskapadzie. To było coś niesamowitego… Chyba największa atrakcja tamtych wakacji.

Tą niepewność i ekscytację poczułam za kolejne 12 lat.

Była Wielkanoc 2018. W moim aucie (bo to nadal mój ulubiony środek transportu) padł alternator. Auto wylądowało u zaprzyjaźnionych mechaników w Warszawie, bo tam była awaria.

Dziewczyna w białych słuchawkach i wzorzystej bluzce z falbanką siedzi w samochodzie. Patrzy się w obiektyw. W tle widać że w bagażniku jest wózek inwalidzki

Dobra muzyka, pełny bak paliwa, wózek w bagażniku. I do przodu.

 

Ale ja na święta musiałam wrócić z Warszawy do domu. Nawet mama chciała po mnie przyjeżdżać. Spodobał mi się ten pomysł. Ale za chwilę przyszło mi do głowy, że przecież sprzątanie, gotowanie. Jest tyle rzeczy do zrobienia przed świętami, sami wiecie.

– Dobra postanowiłam. Przyjadę pociągiem – zakomunikowałam.

Na wózku wszystko przeżywasz od nowa. Inaczej.

I nawet jak wcześniej robiłeś milion razy jakąś rzecz, chodząc jeszcze, to na wózku jest inaczej.

Dworzec Centralny. Zmiana peronu. Wszyscy gnają po schodach. Ty czekasz na windę 3 minuty i nie wiesz, czy twój pociąg już odjechał czy jeszcze nie.

Później ten stres przed wsiadaniem do przedziału. Że ktoś Ci musi pomóc, że może winda czy tam platforma nie zadziała.

Nagle rzeczy zwykłe, pierrrrdoły o których nie miałeś wcześniej pojęcia, stają się barierą nie do przeskoczenia.

I te spojrzenia…

Już nie wtopisz się w tłum. O karierze tajnego agenta możesz zapomnieć! Ludzie albo się do ciebie uśmiechają, bo super sobie radzisz bo nie siedzisz w domu tylko jedziesz właśnie pociągiem. Albo całkiem odwracają wzrok. I tylko krzyczą do innych jak idziesz (czy tam jedziesz). Krzyczą: „Uuuwaaga!”. Oczywiście robią to w dobrej wierze, bo chcą żeby inni zrobili mi przejście. Ale mi ta „Uwaga!” kojarzy się negatywnie. Z niebezpieczeństwem, z alarmem, krzywdą. Jakby wąż jadowity po tym peronie pełzł albo samochód z zawrotną szybkością jechał i miał kogoś potrącić. UUUWAAAAGAAAA!!!!!!!!!

A ja sobie tylko idę grzecznie. I jak ktoś akurat stoi na środku z walizką przy nodze i nosem w telefonie, to ja sobie go ominę na prawo czy tam na lewo. A jak nie będę miała jak, to sama bezpośrednio powiem do niego „przepraszam, zrobisz mi przejście?”.

Na wózku doświadczam nowego życia.

Niby te same sytuacje, niby ta sama ja. Ale kontekst jest inny. A kontekst jest kluczowy (wiem bo psychologia poznawcza to mój konik).

Dokładnie pamiętam wykład na którym mój ulubiony profesor opowiadał że jedno winogrono w misce karaluchów nic nie zmieni na lepsze. Ale jeden karaluch w misce pełnej winogron może wszystko popsuć.

I ta moja niepełnosprawność czasem jest jak taki karaluch. Rzuca cień na wszystko, na mnie. To wózek jest najważniejszy w odbiorze mojego wizerunku. Jest tak silną cechą, że dominuje. Sprawia że ludziom w głowie uruchamia się od razu zakładka pod tytułem niepełnosprawność. A jakie ona budzi emocje to wszyscy wiemy.

Ale ja uczę się cierpliwości. Niech sobie patrzą na ten mój wózek. Niech sobie kojarzą ze mną te wszystkie cechy które im tam siedzą w głowie w teczce „niepełnosprawność”.

Kosmos

Robię swoje. Siedzę i jadę tym zatłoczonym przed świętami pociągiem. Siedzę na tym przeklętym wózku w przejściu, bo jest tyle ludzi że nie ma opcji żeby na wózku gdziekolwiek dalej pójść. Odcinam się od całej sytuacji, próbując uciec w kosmos. I to dosłownie bo w ręku mam książkę Hawkinga o czarnych dziurach. Tylko nie mogę jej cholera przeczytać, bo na tym wózku blokuję przejście. A co chwilę ktoś przechodzi, szturcha mnie. Patrzę więc na szybę, na krople deszczu przesuwające się pod wpływem siły prędkości. I nagle koleś który siedzi obok mnie na sportowej torbie mówi do mnie:

– Fajne masz oczy.

Uśmiecham się. Mówię „dzięki” i z uporem maniaka dalej wpatruje się w te krople. Nie zamieniamy ze sobą już ani słowa. On za chwilę wysiada z tego pociągu, na koniec wymieniamy się uśmiechami.

A ja się czuję tak, jakbym właśnie zdeptała karalucha.

Może…

aż tak wiele nie zmieniło się odkąd jeżdżę na tym wózku?

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Nie jest łatwo prosić o pomoc