Miesiączka, rodzenie, szacunek – krótka historia kobiecości

Ten temat długo dojrzewał w mojej głowie, a zapoczątkował go arcyciekawy wykład o rodzinie prowadzony przez niesamowitą osobę pani Bożeny Keff-Umińskiej – poetki, eseistki i działaczki społecznej. Materiał powstał w oparciu o notatki z wykładu i lekturę książki Elizabeth Badinter „Historia miłości macierzyńskiej” (polecam!). Kończąc wstęp – zapraszam Was w podróż – w samo sedno esencji kobiecości. Tzymajcie się mocno, bo temat wzbudza emocje!

Około 70 tysięcy lat p.n.e.

Panuje wtedy okres polodowcowy. Jest bardzo zimno przez co bardzo trudno zdobyć pożywienie. Ludzie (a raczej hominidy, bo to nie był ten sam homo sapiens co teraz) są bardziej samotnymi łowcami niż istotami społecznymi. Kobiety same wychowują dzieci, ale ze względu na brak pokarmu często porzucają noworodki na pastwę tygrysów szablozębnych i lwów jaskiniowych. Brzmi okrutnie, ale okrutne były także tamte czasy. Jednak ówczesnym niewiastom to również się nie podobało. Nie do końca wiadomo jak – udaje się zorganizować kongres gdzieś na polanie. Kobiety ustalają między sobą że karmienie dzieci, zdobywanie pokarmu i dbanie by do domu nie wdarły się dzikie bestie to trochę za dużo jak na ich możliwości. Postanawiają więc zaangażować w życie rodzinne mężczyzn. Jak? Poprzez bardzo prosty zabieg, który nawet dziś jest jeszcze spotykany. Nie ma mięsa – nie ma seksu. Nie wiadomo jak wszyscy dogadali się między sobą, bo mowy jako takiej jeszcze nie było, ale widocznie dla chcącego nic trudnego. Od tamtego czasu kobiety pilnują ognia, podczas gdy mężczyźni polują na zwierzynę.

Kobiety zrobiły również użytek z miesiączki – te specjalne dni panie zaznaczały poprzez malowanie swych twarzy krwią. Był to wyraźny sygnał dla mężczyzn że czas wyruszyć na łowy. (Podobno stąd wziął się rytuał malowania ciała). Okres był czymś pozytywnym, oznaczał płodność i dostatek, dopiero później sytuacja się odwróciła, ale o tym za chwilę.

Były to złote czasy dla kobiet, w ich rękach spoczywała władza. Jednak do polowań były potrzebne narzędzia, które stawały się coraz doskonalsze. Tak powstała broń i od tego czasu zaczęły się konflikty pomiędzy mężczyznami o władzę, którą ostatecznie przejęli. Przyczynił się do tego jeszcze jeden fakt…

10 000 p.n.e.

Początek rolnictwa wiązał się mocno z własnością. Taką własnością mężczyzny była również kobieta, która w tamtych czasach niewiele znaczyła. Odwróciła się symbolika, bo to mężczyzna był na głównym planie – nawet jeśli chodzi o rodzenie. To on zakładał gospodarstwo, obsiewał pola i to w końcu on dawał nasienie dla nowego ludzkiego życia…

350 p.n.e.

Takie podejście utrwalił Arystoteles. Według niego mężczyzna dawał nasienie, a kobieta była tylko doniczką do rodzenia. Miesiączka przez słynnego filozofa została zinterpretowana zaś w niezwykle kreatywny sposób: kobieta nie ma tak doskonałego układu trawiennego, dlatego co miesiąc musi wydalić resztki. To już całkowicie przeważyło na zmianie podejścia do miesiączki – z celebracji do pogardy.

400 n.e.

Każdy zna świętego Augustyna, ale mało kto wie jak bardzo nie lubił on kobiet. A na ich nieszczęście był osobistością bardzo wpływową. Otóż Augustyn z Hippony założył, że człowiek nie ma nic wspólnego ze zwierzętami, a dusza kontroluje ciało. Według świętego idealnym aktem seksualnym był taki, w którym nie okazywano żadnych emocji. Wpajano więc ludziom że żądze należy poskramiać. Skutek tego był taki, że tłumione emocje i pożądanie do kobiet objawiały się w formie nienawiści i agresji wobec nich. Zresztą kościół otwarcie zachęcał do bicia nieposłusznych żon. Taka sytuacja utrzymywała się bardzo długo, szczególnie wśród niższych warstw społecznych. Do dziś można znaleźć przejawy agresji, której źródło leży właśnie w naukach kościoła.

Wiek XVIII

Rewolucja przemysłowa była nie tylko szansą na rozwój ekonomiczny. Wykorzystały ją również kobiety. Po wielu latach ucisku mężczyzn to była doskonała szansa na uwolnienie się od domowego kieratu i przemocy. Potrzebne były ręce do pracy, więc kobiety bardzo chętnie porzucały obowiązki macierzyńskie by zająć się interesami lub poświęcić nauce czy bywaniu na salonach. To wtedy zrodziła się instytucja mamki – taki odpowiednik dzisiejszej niani w wersji hard. Dziecko tuż po urodzeniu oddawano do kobiety (zazwyczaj z niższej warstwy społecznej), która opiekowała się nim do około 5 roku życia. Po pierwsze było to wygodne, a po drugie modne. Kobiety mocno wtedy wierzyły, że karmienie piersią zabiera urodę. Chętnie więc wydawały swoje pociechy do opiekunek, które potrafiły nie przewijać dzieci po kilka dni i wieszać je na hakach pod sufitem w celu uniknięcia pożarcia przez zbłąkaną w izbie świnię. W takich warunkach śmiertelność dzieci była zatrważająca.  Sytuacji zaczęli przyglądać się urzędnicy, gdyż potrzebni byli ludzie do prac w fabrykach, które w tamtych czasach szerzyły się jak obecnie wycinka drzew w Polsce. Obmyślono więc chytry plan który miał zachęcić kobiety do samodzielnego wychowywania dzieci. Po pierwsze zaczęto chwalić urodę mamek (czyli burzono mit że karmienie piersią odbiera wdzięki). Po drugie wprowadzono wiele instytucji, gdzie propagowano wizerunek matki poświęcającej się dziecku i mężowi. W taką nową rolę obsadzono kobietę. Oczywiście bez pozbawienia jej obowiązku pracy w fabryce czy zakładzie rzemieślniczym swego małżonka. Zrodziła się nowa kobieta u nas znana pod nazwą Matka Polka.

Wiek XIX i XX

Znalazły się jednak takie panie, które nie poddawały się mocnym oddziaływaniom społecznym i walczyły o reformę prawa rodzinnego, prawo wyborcze i ekonomiczne warunki życia kobiet (pierwsza fala feminizmu) oraz kwestie kobiecej seksualności, prawa do aborcji (druga fala feminizmu). I choć ich działania były krytykowane także przez kobiety nie utożsamiające się z feministkami, to właśnie tamtym wojowniczkom zawdzięczamy dzisiejszą sytuację…

DZISIAJ

No cóż… ideałem jest związek partnerski oparty na wspólnym zrozumieniu, równość w wypełnianiu obowiązków domowych, możliwość realizacji aspiracji zawodowych obu stron. Pisałam więcej na ten temat tutaj. Na pewno w mniejszym lub większym stopniu gnieżdżą się w nas przekonania wpajane kobietom w tych wszystkich epokach. Ale jak jest – odpowiedzcie sobie sami. Niby jesteśmy nowocześni, ale wystarczy spojrzeć na przypadek Rupi Kauer – pisarki i performerki, która swoją sesją zdjęciową na zakrwawionym od miesiączki prześcieradle przyprawiała cenzurę Facebooka i Instagrama o zawroty głowy. Zresztą ostatnio wyszła jej wyśmienita książka, która ukazuje esencję kobiecości, porusza tematy o których nikt nie chce mówić, a którą każda kobieta przeczytać powinna:

mleko i miód okładka książki rupi kaur

No cóż – bycie kobietą to skomplikowana sprawa 🙂

 

Książkę możesz kupić tutaj

 

zdjęcie wyróżniające:Elido Turco – Gigi via Foter.com / CC BY-NC-SAElido Turco – Gigi via Foter.com / CC BY-NC-SA

Wirtualne światy

Czy myśleliście kiedyś o tym, że choć wszyscy żyjemy na tej samej planecie, to istniejemy w zupełnie różnych światach?
Każdy próbuje nadać sens swemu światu. Żeby miał on po co istnieć. A może przede wszystkim, aby trzymać go w garści i pilnować by nie rozpadł się na kawałki.

Zapanowała moda na pokazywanie tylko pięknej części naszych światów. Każdy chętnie obnaża swoje sukcesy i radości. W internecie widzimy zdjęcia ładnie ubranych mężczyzn i kobiet z perfekcyjnymi fryzurami i makijażami. Mało kto mówi o tym, że nie ma ochoty rano wstawać z łóżka, albo że jest mu źle bo zarabia zbyt mało lub nie wygląda tak jak by chciał. Ukrywamy swoje słabe strony. A kiedy jest naprawdę źle jeszcze bardziej zamykamy się w swoim świecie hermetycznie.

Nie wierzcie w to.

Uśmiechnięci ludzie na zdjęciach też bywają smutni.

Ładne laski szykują się kilka godzin by zrobić kilkanaście fotek i wstawić jedną najlepszą na pokaz dla wszystkich.

Fajne miejsca w których bywają ludzie okupione są wyrzeczeniami i ciężką pracą.

Ludzie sukcesu zmagają się z ogromną presją otoczenia i czasu.

Z jednej strony jest to bardzo dobre, że inni dzielą się głównie pozytywnymi aspektami swego życia.

Bo wyobrażacie sobie przeglądać social media i widzieć tam tylko komunikaty w których narzekamy?

Cały czas zastanawia mnie przypadek Esseny O’Neill. Młoda Australijka była gwiazdą Instagrama i Facebooka. Zarabiała mnóstwo pieniędzy pokazując jak wspaniałe życie prowadzi. W końcu wyznała prawdę w jaki sposób działała i jak bardzo ją to przytłaczało. To co pokazywała w sieci było sztucznie wyimaginowane.

„Pamiętajcie – nie wierzcie w to, co widzicie w sieci. Ludzie desperacko pragnący Waszego uznania i zazdrości, nie tylko ci sławni, są często po prostu nieszczęśliwi i bardzo niepewni siebie. Nie warto się z nimi ścigać. Ci z naprawdę udanym życiem zajmują się tym życiem, a nie reklamowaniem go na Facebooku czy Instagramie” – pisała O’Neill.

 

Za każdym razem kiedy byłam radosna przeglądając social media znajdowałam tam rzeczy, które jeszcze bardziej pozytywnie wpływały na mój nastrój. Jeżeli jednak miałam słabszy dzień dłuższe przebywanie na facebooku sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej.

Czasami mam ochotę wykasować wszystkie swoje konta i profile.

Ale mój profil to już chyba część mojej osoby.

Jako fanka science fiction stwierdzę więc, że powoli my – ludzie – zaczynamy przenosić się do światów wirtualnych.

 

Trzy słowa

Są takie dni kiedy budzisz się rano i namiętnie wpatrujesz w sufit.

 

Przeświadczenie, że już dawno powinieneś być na nogach zwiększa beznadzieję którą odczuwasz.

 

Nie chce ci się wstawać do pracy, szkoły.

 

Bo po co, na co.

 

W zasadzie, to czujesz, że nic cię nie cieszy.

 

Zastanawiasz się po co żyjesz, a nawet dlaczego.

 

Zaczynasz odczuwać dziwną niechęć do rzeczy, które kiedyś tak bardzo lubiłeś.

 

Mógłbyś mówić godzinami o tym, jaki perfidny stan właśnie przeżywasz.

 

Potrzebny też raczej nikomu nie jesteś.

 

I wtedy nadchodzi czas na trzy słowa:

 

„Ja pierdolę kurwa”

 

 

 

Później wstajesz, ubierasz się.

 

W łazience nawet nie patrzysz sobie w oczy.

 

Wychodzisz.

 

Idziesz do auta.

 

Słyszysz ptaki, a wiatr smaga cię lekko po policzku.

 

Jacyś ludzie sprzątają trawnik.

 

Wsiadasz, odpalasz silnik.

 

Widzisz nieznajomych ludzi, każdy z nich mający swoją historię.

 

Patrzysz na chmury i słońce, które przez nie przeziera.

 

W radio sączy się przyjemna muzyczka.

 

Zatrzymujesz się na światłach.

 

Jakiś starszy pan w bordowym kapeluszu uśmiecha się do ciebie.

 

„Ja pierdolę kurwa, życie fajne jest”


Trzeba o tym sobie czasami przypomnieć…

 

Chcesz tego?

Jakiś czas temu napisano o mnie na stronie Wydziału Inżynierii Procesowej i Ochrony Środowiska Politechniki Łódzkiej. Zrobiło mi się tak miło!
Jestem absolwentką tego wydziału. Czas studiów i mieszkania w Łodzi wspominam cudownie! Był to okres przełomowy w moim życiu, bo oprócz samych studiów odważyłam się spróbować samodzielnego życia pomimo swoich ograniczeń – z dala od rodziny. Z perspektywy czasu uważam to za dość szalone. Ale najważniejsze jest to, że się udało!

Uważam to za swój osobisty sukces. Dziś pewnie bym się zastanawiała jak dam sobie radę, kto mi pomoże. A jak będą jakieś schody to co? Do Łodzi wybrałam się zupełnie sama. Nie znałam tam nikogo.
Ja z tamtych lat jestem sama nauczycielem dla obecnej siebie. Nie zastanawiałam się, nie wątpiłam. Nie zakładałam, że się nie uda. Dostałam się na studia i chciałam studiować. Byłam wtedy tu i teraz i konsekwentnie realizowałam swój cel.
Myślę, że zbyt często analizujemy dane sytuacje. Mamy dużo wątpliwości i często pielęgnujemy je w swoich głowach. A przecież życia nie da się przewidzieć.

Pojechałam. Pierwsza impreza w akademiku była dzień przed rozpoczęciem zajęć. Otwarcie powiedziałam, że sama nie dam sobie rady żeby dotrzeć na uczelnię. Dostałam kilka numerów telefonów i wybór kto następnego dnia odprowadzi mnie na zajęcia! Nie myślałam, nie zamartwiałam się, że nie będę miała jak dotrzeć. Po prostu powiedziałam otwarcie o swoim problemie – było mnóstwo osób które chciały mi pomóc!

Jeśli bardzo chcemy coś osiągnąć, to jest na to jedno wyjście: RÓBMY TO.

Dwie sytuacje:
1. Byłam u koleżanki. Na następny dzień miała mieć jazdę konną – dopiero się uczy. Ostatnio nie szło jej to zbyt dobrze, była zniechęcona. Mówiła mi o swoich obawach, analizowała. Bała się, że jej się nie uda, bo ostatnim razem nie było idealnie. Odważyła się jednak pojechać na kolejną lekcję. Trenerka powiedziała jej – nie myśl, po prostu jedź! Pokłusowała i wszystkie jej lęki zniknęły.

2. Dużo teoretyzowałam o lataniu. Zadawałam instruktorowi wiele pytań. Snułam hipotetyczne sytuacje i miałam coraz więcej wątpliwości odnośnie latania. Powiedział do mnie: jeśli chcesz nauczyć się latać, to wystarczy że będziesz latać!

Jest to wielce uproszczone, ale…
Jeśli chcesz coś zrobić, to wystarczy że to zrobisz!
A jeśli szukasz wymówek, analizujesz, zastanawiasz się czy jest to właściwe…
To czy chcesz tego naprawdę?